Notatki na marginesach (1)

Kategoria: eseje i szkice Utworzono: piątek, 14, kwiecień 2017 Opublikowano: piątek, 14, kwiecień 2017 Drukuj E-mail

Bartosz Suwiński

0.

Cały stos książek leży na biurku. Poezja anektuje coraz większą przestrzeń. Staram się codziennie pozostawać po stronie wierszy i zjawiać się na ich czas. Nigdy nie wiem, która książka, jaki wers rozwiąże supeł języka i poniosą mnie słowa. Staram się o(d)kryć światło wiersza, coś w nim dojrzeć. Wobec wierszy nie mam żadnych oczekiwań, albo staram się ich nie mieć. Każda lektura jest jednorazowa i projektuje swoje sensy. Staram się zostawiać w pisaniu o poezji dużo powietrza, nie przygniatać poezji, nie szukać jej na siłę kontekstów. Opowiadam historię wewnętrznej medytacji, którą chce donieść jak najdalej. Osłaniam kruche światy wiersza, staram się przy nich wieść ciche, utajone życie. A w pisaniu bardziej intuicje niż przekonania, pierwsze wrażenia i impresje niż pewne, konkretne ślady. Lektura na marginesach, impresje przeciwko światom z papieru.


1.
Tym razem czytam ostatnie trzy tomy Jerzego Kronholda. Poeta  w ostatnich latach ogłosił książki poetyckie: „Szlak jedwabny” (2014), „Skok w dal” (2016) oraz „Stance” (2017). Pozostańmy chwilę przy ostatniej z wymienionych książek. Jerzy Kronhold pisze wiersze klarowne i czyste, korzystając z klasycznej miary stancy. Horacjański ton łączy się ze skromną melancholią, która tonowana bywa w tym poetyckim świecie, wiarą i nadzieją. Poeta restytuuje czas przeszły, wracają wspomnienia z dzieciństwa i młodości. Pierwsze smaki i zapachy skonfrontowane są z dojrzałością człowieka, który niejedno przeżył i przemyślał. Przyroda okalająca lata dzieciństwa współgra z pogodzeniem wobec konieczności przemijania. Kiedy w wierszu „A kiedy się umiera” czytamy: „Nie sięga się do nieba, wszak to za wysoko. / Po co wędrować kościom, niech idą do ziemi”, wyczuwamy w tym aprobatę egzystencji, wydanej zegarom. Po naszej śmierci to, co bliskie ucieknie, zaś to, co boli, minie – ten tom możemy czytać jako lirykę godzenia się z wyrokami życia, które powinno się przyjmować z pokorą i pogodą ducha. To również tomik o miłości między dwojgiem ludzi, o wspólnej codzienności, która stanowi kruszywo wspomnienia, jakim pocieszamy się, kiedy zostajemy sami. Wieczność – jak udowadnia Kronhold – objawia się w chwili, zaś poezja może być najudatniejszą formą celebrowania istnienia, świadomego własnych ograniczeń. Tęsknota za zmarłą żoną podpowiada Kronholdowi przejmujące wersy:
Wyobrażam sobie ciebie, jak pływasz w jeziorze
i ślizgasz się na łyżwach, i rzucasz śnieżkami,
i lubisz na policzkach wiatr, i kiedy w plecy
puka deszcz albo księżyc, gość niespodziewany.
Widzę cię w autobusie i na wąskiej ścieżce,
wątłą, jak krucha trzcina, pokorna w zdumieniu,
gdy trzymasz jabłko, mszalik, pijesz mleko świeże,
i zanurzasz się cała bez reszty w istnieniu


(Jerzy Kronhold, „Stance”, Warszawa 2017)


2.
Od kilku już dni kartkuję rozproszone i niepublikowane wiersze, przekłady poetyckie i dramaty z lat 1942-1970 autora „Obrotów rzeczy”. U podstaw poezji Mirona Białoszewskiego leży ruch, ruch języka i słów, które zderzają się ze sobą i gmatwają sensy, jednym słowem: pokazują zawiązywanie się znaczenia. Białoszewski jest poetą, który z dziecinną otwartością i radością zmniejsza przestrzenie miedzy słowami, bawiąc się fonią i desygnatami poszczególnych zdań. W wypadku poezji autora „Mylnych wzruszeń” bardzo często tematem wiersza staje się sam zapis, akceleracja znaczeń, które niosą wraz z sobą słowa, będące formą, która unieruchamia ruch myśli. Białoszewski stale próbuje wyjść z języka i wiersza w przestrzeń formułujących się dopiero sensów i jakości. Bo to, co nas otacza jest tak naprawdę nie do wysłowienia.
i to jest nie do
w ogóle nie do
w ogóle nie doo doo

Książka zawiera przeszło 300 zapisów od poematów po kilku wersowe, urwane impresje. Stylizowane ballady, wiersze dziennikowe, żarty i zabawy językowe pomieszane są z erotykami i wierszami opisującymi wojenne doświadczenia Białoszewskiego. A na zachętę  jedna z medytacji Białoszewskiego, która próbuje zatrzymać chwile, dać wyraz zanikaniu:
Stoję w oknie
czekam patrzę
wypatruję
ciąg idzie idzie
ja stoję wlepiony
jadą jadą wykręcają
świecą ja żeby nie świecić
się wlepiam
co będzie
bo czekam
a to już (to)
i tyle


(Miron Białoszewski – „Polot nad niskimi sferami”, Warszawa 2017)



3.

Tym razem rozglądam się po swojej okolicy. Mam w rękach najnowszy tom poetycki Teresy Nietykszy, opolskiej poetki, związanej od kilku lat z wydawnictwem „Miniatura” z Krakowa. Teresa Nietyksza napisała tomik dojrzały, gorzki, rozliczeniowy. Będący wniknięciem w przeszłość, która żyje i unosi się we wspomnieniach, ale również i w przyszłość, choć ta, coraz bardziej kurczy się przed oczyma. Tytułowa „stacja węzłowa” to miejsce gdzie zmierza podmiot tych wierszy, to przeszłość, z której dopiero wyruszą pociągi na tory i koleiny poszczególnych żywotów. To chęć zatrzymania w biegu tego, co pędzi i czego nie sposób dogonić. To jak otwarcie rodzinnego albumu i zapatrzenie się na zdjęcie, na którym stoją wszyscy, i jakoś opierają się zakusom czasu, który pracuje nad zebranych nieobecnością.
Głównym tematem tomiku jest starość, jej pory i kaprysy, wahnięcia i przesunięcia. Nietyksza pisze o człowieku, który nie znajduje już innych oczu, aby stać się dla nich obecnością i potwierdzić swoje istnienie. Starość, milczenie, samotność – stany, które są powszedniością ludzi w senilnych latach, gdyż wtedy człowiek staje się „Coraz bardziej oszczędny / na czarną godzinę / odkłada / smutek / radość / poruszenie serca”. Bo, czytamy dalej w wierszu „Trudny czas”: „Wszystko milczy / krzesła i stół / fotel milczy / milczenie wypełnia pokoje // I drzewa za oknem / nie mają mi nic / do powiedzenia.        
Jest to również tomik o zapadaniu się teraźniejszości w czarny uskok. O samotności, która dopada ludzi w sędziwym wieku, ponieważ czas zabiera coraz więcej żywych, a pamięć rozprasza wspomnienia. Czas starości to wejście w życie, które nie przynosi już zdziwień, nowości nie cieszą oczu, jedynie cykliczność może na chwilę udobruchać pogmatwane myśli i słowa. Choć teraz z trudem znajduje się miejsca – jak czytamy w wierszu „Młodość” – gdzie kiedyś rosły nam serca. Na starość świat jest coraz większy, człowiek w nim się gubi i przepada,  z kolei marzenia coraz mniej zuchwałe, skromne, wstydliwe, zaś nadzieje wciąż pełne urody, jeszcze nas trzymają przy życiu, ale również ich potencjał ulega wyczerpaniu.    
Poetka przymierza również różne kostiumy słowa, w wierszach słychać echa późnego Iwaszkiewicza, tony Julii Hartwig czy zapożyczenia z  Eliota, estymę wobec Norwida. Nietyksza ufa w transparentność słowa, w to, że język jest wstanie pomieścić doświadczenie i nadać mu skrojony na miarę pojedynczego istnienia, sznyt. Bohaterka tych wierszy nie jest ckliwa, raczej z dumą znosi wyroki losu. Jest uczuciowa, ale bez nadmiernej pozy czy afektacji. Pogodzona z przemijaniem, ale wciąż szukająca na nie recepty. Zakładająca, że poezja jest w stanie przynieść ukojenie i dać refleksjom zajęcie absorbujące, odciągające człowieka od myślenia ku swoim kresom. Tak czy inaczej zostajemy z pociechą, że „do drzew liść powróci, jabłoń zalśni bielą. / Nasza wiosna odeszła, mgły się chłodem ścielą”.    
Jest jeszcze morze, które poetka traktuje czule i z uwagą. Niesie wytchnienie, daje zapomnieć o nieubłaganej klepsydrze, w której stale przecieka piasek. Horyzont daje oparcie ostatnim nadziejom, fale niewzruszenie podmywają piach. I, co nie ulega żadnej absolutnie zmianie:
Świat jest okrągły
Gdy wykonasz obrót
drzewa chętnie zakołyszą
czasem co urósł


(Teresa Nietyksza, „Stacja węzłowa”, Kraków 2017)

(marzec 2017)

Bartosz Suwiński



Przeczytaj też w dziale ‘eseje i szkice’ impresję B. Suwińskiego „Pory poezji. Sześć notatek z lektury Miłobędzkiej”, wiersze autora w dziale 'poezja' , a także w 'porcie literackim' recenzje jego tomików: Bliki (2013), Odpust (2013), Uroczysko (2014) oraz książki eseistycznej Pory poezji. Koncepcja czasu w twórczości poetyckiej Krystyny Miłobędzkiej (2017)