W kwestii językoznawstwa: psi język*

Category: z dnia na dzień Published: Wednesday, 21 July 2021 Print Email

 

Anatol Ulman

Jest takie paskudne wyrażenie: spsieć. Ma konotację negatywną, gdyż oznacza zrównanie się z psami w sensie świadomościowym, co jest gorsze od zejścia na psy, czyli tylko zbiednienia. Z biedy można się podnieść, wystarczy wyjechać na Zachód i szorować burżujom kible. Kto spsieje pod względem rozwoju psychicznego, nie stanie już na dwu łapach, musi biegać na czterech i łasić się przełożonym. Spsieć można pod wieloma względami duchowymi. Moim zdaniem najgorzej jest, kiedy psieje w osobniku ośrodek mowy.
Tymczasem, jak się wydaje, mniej więcej za ćwierć wieku, czyli w okresie jednego pokolenia, mowa ludzka przestanie istnieć. Przynajmniej w Rzeczypospolitej. Zastąpi ją szczekanie.

Niby dlaczego, skąd ono katastroficzno-tragiczne mniemanie? Ano, posłuchajmy radiowego i telewizyjnego języka dziennikarskich serwisów oraz przerywających różne audycje licznych reklam. Jako że każda minuta w radio i telewizji warta jest dziesiątki tysięcy PLN, prezenterzy, sprawozdawcy, informatorzy, reklamiarze i reszta psujących ludzki język lokajów kapitalizmu stara się w jak najkrótszym czasie zmieścić jak najwięcej słownych informacji. Do tego muszą słuchaczy przekonać, że mówią prawdę (i tylko prawdę, tak nam dopomóż…), bo od tego zależy ich szmal, więc wypowiadają zdania (najczęściej zmasakrowane, wypreparowane trupki fraz) jak najszybciej, żeby pomieścić maksymalną liczbę wyrazów w cennej jednostce czasu, ale też jak najgłośniej, by zagłuszyć liczne konkurencje i przekonać do swego. Siłą rzeczy zamienia się to w donośne szczekanie. Z pewnością następną fazą będzie wycie.

A że media mówione są dla ciemnych mas wyrocznią we wszelkich sprawach, w tym głównie języka, ludzie w sposób naturalny starają się je w mówieniu naśladować. Powszechnie czynią to już dzieci oraz młodzież. Starający się o uznanie u gówniarzy twórcy kiczu tworzą szczekającą niby sztukę piosenkarską. Myślę nie tylko o hip-hopie. A że wszystko dzieje się w gównianym, zaczarowanym kole, z kolei biorąca z nich przykład młodzież z ochotą poszczekuje w swym ubogim duchowo życiu prywatnym i przenosi coraz donośniejsze hau hau do szkoły. Poniektórzy nauczyciele, by nie tracić kontaktu z drogimi (a groźnymi jednocześnie) wychowankami, a także ze strachu przed nimi również starają się ich przekrzyczeć, by jakoś (nadaremnie zresztą) chronić swoją pozycję kierownika sfory. Ujadanie staje się powszechne. Jazgot rośnie.

Obawiam się, że jeśli tak dalej pójdzie, a pójdzie jeszcze dalej, prawdziwy psi język stanie się bogatszy od mówionego języka mediów. Psy bowiem nie tylko szczekają, ale również warczą, ujadają, poszczekują i obszczekują, skowyczą, skamlą i skomlą, piszczą oraz popiskują. I to wszystko w różnym brzmieniu, tonacji i różnej głośności. Zatem jest to język bogaty, zdolny wyrazić proste i złożone nastroje. A przecież psiarnia dysponuje poza tym językiem licznych gestów, wyrażających wiele stanów psychiki osobnika, że wspomnę chociażby o merdaniu ogonem. Oczywiście gadający przez radio i telewizję, też, a może bardzo, umieją merdać chlebodawcom. Ale najczęściej dla szmalu, psy natomiast z zasady bezinteresownie.
W każdym razie psi język nie ubożeje, język zaś mediów dąży do stanu jednostajnego (jednostajnie przyśpieszonego) szczekania. Główną zasadę w tym ujadaniu stanowi kretyńskie akcentowanie ostatnich sylab w wyrazach oraz wydłużanie samogłosek w wygłosie, czyli ostatnich. Wskazywałoby to na próby zastępowania szczekania przeciągłym wyciem, co niniejszym prorokuję.

Tam, gdzie mieszkam, jest niedaleko (około pół kilometra) do schroniska dla bezdomnych zwierząt, głównie psów. Schronisko, jak one wszystkie, jest praktycznie żywym pomnikiem bydlęcego stosunku niektórych ludzi (?) do ulubionych przez czas jakiś piesków i kotków wyrzucanych na pysk, kiedy się znudzą. Pensjonariusze schroniska dwa razy dziennie dostają wikt i drą się wtedy przeraźliwie z nieuzasadnionego strachu, że dla następnych żarcia nie starczy. Potężny, wielogłośny szczek niesie się na całą okolicę, świadcząc, że są także ludzie wrażliwi na krzywdę naszych braci mniejszych, myślę o opiekunach tych skrzywdzonych istot. Mam wówczas wrażenie, że uruchomiono jednocześnie dziesiątki głośników z informacjami o sukcesach wybornie rządzonego państwa i o produktach, które winniśmy natychmiast kupić, bo najlepsze mleko jest z najlepszego mleka od fioletowej krowy. Nie, to chyba chodzi o czekoladę, bo dobre mleko jest białe jak proszek do prania ze specjalną formułą.

Anatol Ulman


---------------------------------------
*Pierwodruk felietonu miał miejsce w papierowym wydaniu „Latarni Morskiej” nr 2 (6) 2007

Przeczytaj też na naszym portalu fragment powieści A. Ulmana Dzyndzylyndzy czyli postmortuizm - w dziale ‘proza’, felietony (dział ‘felietony’), a w ‘porcie literackim’ omówienia jego książek: Dzyndzylyndzy czyli postmortuizm (2008), Drzazgi. Powabność bytu (2008), Cigi de Montbazon i robalium Platona (2012), zbioru wierszy Miąższ (2010) oraz felietonów wybranych Oścień w mózgu (2011)