Roman Ciesielski „rośnie we mnie”, Stowarzyszenie Przyjaciół Pruszcza Gdańskiego i Okolicznych Gmin, Pruszcz Gdański 2015, str. 90

Kategoria: port literacki Utworzono: poniedziałek, 29 luty 2016 Opublikowano: poniedziałek, 29 luty 2016 Drukuj E-mail


Jolanta Szwarc

PUSTE STRONY

W Pruszczu Gdańskim pod koniec ubiegłego roku ukazała się książka Romana Ciesielskiego „rośnie we mnie”. Dziwna książka. Utrzymana w tonacji biało-czarnej. Autor swoje cztery grafiki i trzydzieści wierszy rozmieścił na dziewięćdziesięciu stronach, konsekwentnie wlewając czarny tusz na prawą część rozkładówki, lewą pozostawiając białą. Może na później. Pomieszanie bieli z czernią to życie. Dzień i noc. Wszystko widać jasno, wyraźnie, albo słabo, ledwie kontury czegoś strasznego, tak podpowiada wyobraźnia obeznana z dobrem i złem.

Niezapisana lewa strona pozostaje tajemnicą, którą chcielibyśmy odkryć, ale wyposażeni jesteśmy w zbyt słabe zmysły. Oko nie wszystko dostrzega, ucho nie wszystko słyszy, a reszta zmysłów jeszcze mniej wrażliwa.

Po prawej wszystko mamy wyłożone czarno na białym. Podmiot liryczny w otwierającym tomik wierszu „kto” zastanawia się, czy ktoś – jeśli on sam się wyłączy – podejmie jego zadania. Ogród teoretycznie nie może czekać, grafikę raduni teoretycznie trzeba opisać, choć jeśli się tego nie zrobi, to świat się nie zawali, będzie dalej „z” lub „bez”. Myślę, że raczej „z” bohaterem tytułowego wiersza „rośnie we mnie”, skoro mówi – zaczyna doskwierać mi głód życia / biały dom na wzgórzu coraz wyraźniejszy. Podobno chcieć to móc, a jeśli do tego dołączymy wiarę, to cud gotowy i biały dom będzie modernizowany według woli gospodarza.

Na razie bramy raju dla niego pozostaną zamknięte. Ale pod warunkiem, że będzie pisał dobre wiersze, że znajdzie siebie przy krzyżu ubranym w lniany haftowany ręcznik obrzędowy, albo przejrzy się w Raduni, do której mówi – moja rzeko / pytam ciebie / pytam co jest za zakolem / bo nie zdążę tam dojść / i zakopać siebie złego / moja rzeko / pytam ciebie / co mówią o mnie / nieprzebyte chaszcze. Bohater wiersza pyta tak, jakby nie potrafił odróżnić dobra od zła, a przecież dobrze wie, że białe jest białe a czarne jest czarne i nikt mu nie wmówi, że jest odwrotnie, bo lato odeszło zbyt szybko / stawiając stopy na mokrym asfalcie. Jesień i zima to dobre pory roku, by wyciszyć szaleństwa młodości. Puścić plewy z wiatrem i zatrzymać ziarna, póki pamięć pamięta, co się w nich kryje i co wyrosnąć może.

Najważniejsze to nowy plon. Myślałeś – mówi drwiąco do lustra bohater – myślałeś / że jak przestaniesz pisać / zatrzymasz czas / tymczasem nie jest tak łatwo / mgła zaległa nad juszkowem / cienie przodków / pokazują swoje nieodgadnione oblicze. No patrzcie, jaki ten podmiot liryczny pazerny. Prawie wszystko może stanąć, tylko nie czas. Nawet te odbywające się od kilkudziesięciu lat dwa razy w roku kombinacje z zegarem nie zmienią właściwego czasu. Nie cofną go ani nie posuną. Niezależnie od tego, czy stanie zegara jest w międzychodzie. Ciekawe, jakby życie wyglądało, gdyby stanął czas. Ciężarne nie mogłyby urodzić i nie pomogłoby 500+. Liczebność narodów by się nie zmieniła. Chyba to niemożliwe. Co byłoby z ruchem? Ciężko mi sobie to wyobrazić. Tak samo nie mogę sobie wyobrazić pełnej wiedzy o przodkach. Jeśli założyć, że wszyscy Polacy to jedna rodzina, ba co tam Polacy, możemy sięgać dużo dalej, wtedy tych przodków będzie ogromna liczba i trudno będzie wszystko o wszystkich pamiętać. Dobrze, że cienie przodków / pokazują swoje nieodgadnione oblicze.

Nie wiem, czy jest ktoś, kto chciałby, żeby po śmierci go prześwietlano, żeby nie mógł swoich tajemnic zabrać na zawsze do grobu. Spokojnie odpłynąć, może lepiej przepłynąć na drugi brzeg rzeki przeznaczenia. Nie zawsze jednak pierwsza wyprawa kończy się sukcesem i tuż przed brzegiem wycofujemy się albo ktoś nam przeszkadza, ciągnąc z powrotem. Dziwne, że prawie wszyscy kurczowo trzymają się życia, sądząc, że lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu i z ulgą przyjmują powrót w domowe zacisze albo w oswojone piekiełko. Droga do cmentarza wydłuża się, nasila się ból istnienia, a mimo wszystko wyciągamy ręce do życia, wołając – Kocham cię, życie. Podmiot liryczny nie jest wypełniony radością. Raczej powiedziałabym, że stan jego jest stabilnie zdystansowany, kiedy przychodzi pewność, że zagrożenie zostało zażegnane. W chwilach niepewności pojawia się nasilenie emocji.

Autor „rośnie we mnie” poruszył temat, który im się jest starszym, staje się częstszym przedmiotem rozważań. Podróż – z radosnej ciekawości drogi – im bliżej celu staje się coraz bardziej niepokojąca. Nie wiemy jak rozstać się z ulubionymi rzeczami, z kochanymi ludźmi i nie wiemy jak przywitać Nowe, jeśli faktycznie Je spotkamy. Coraz chętniej myślami przebywamy w czasie minionym. Czas przyszły zawsze gdzieś, już niedaleko się urywa jak pies z łańcucha, ucieka przed złym człowiekiem i gna w poszukiwaniu lepszego państwa, lepszego ustroju, lepszego jutra jak Rex z „Buntu” Reymonta. On nie szuka godziwej śmierci, on szuka krainy szczęśliwości.

Szukamy, a przed nami wciąż nowe sfinksy. Autor sieje tymi sfinksami dość często, zmuszając czytelnika do myślenia.

Nie będę udawała, że nie czytałam posłowia Haliny Goral-Rybkowskiej i dlatego wiem, że ostatni wiersz poeta poświęcił swojej żonie - Duśce. Zaczyna się on zwrotem do niej – to nic że stałaś obok / wcale nie było ci lekko / widziałeś więcej i mocniej.

To nic Romana Ciesielskiego – być może genezę tego zwrotu można znaleźć w „Panu WołodyjowskimH. Sienkiewicza. Bohater mówi do żony: „Jak na mnie termin przyjdzie (a to przecie żołnierska rzecz), zaraz sobie powinnaś powiedzieć: „Nic to!” Po prostu powinnaś sobie powiedzieć: „Michał odjechał, prawda, że daleko, dalej jak stąd na Litwę, ale nic to! bo i ja za nim podążę”. /…/ Pamiętaj, Baśka: nic to!”

Jakie różne znaczeniowo jest „to nic” od nic to”. Dla mnie „Nic to” skierowane do Baśki jest przepełnione mężowską troska o ukochaną żonę, żeby tylko nie cierpiała z powodu jego śmierci, żeby mogła spokojnie żyć, czekając na spotkanie z ukochanym. Natomiast „to nic” brzmi dla mnie lekceważąco. „Nie było ci lekko, ale po co stałaś”. To nic, że późniejszy tekst łagodzi te słowa – ale tylko trochę.

Zagadką jest dla mnie wiersz „już wiesz” – mówi do mnie podmiot liryczny, a ja nie wiem, chciałabym, ale nie wiem. Rekompensatę znalazłam w utworze „mój zrewitalizowany ogród”. Cofam parę kartek i znów spotykam sfinksa z zagadką „budują” – budują ciągle nowe szpitale / baseny i kościoły / bilardowe kule gonią moje nadzieje / na godziwą śmierć / rozmieniają na drobne / banknoty i moje osiedle / moja radunię / moje zaułki i śmietniki / pełne głodnych kotów i ludzi. No, rzeczywiście. Po co budują. Basenów już mają dostatek w szpitalach. Nie trzeba więcej. Szpitali nowych też nie trzeba. Te co są – odszczurzyć, żeby zejść nie było, gdy jacyś wrażliwcy stworzonko z gołym ogonkiem zobaczą i usłyszą ten pisk. Tylko jak się ich pozbyć. Uparte są. Podobno ich pożywienie jest bardzo urozmaicone. Zakładam, że śmietniki są pełne głodnych kotów i ludzi, a szczurów oczywiście w nich nie ma.

Nie rozumiem. Tak naprawdę najbardziej podobają mi się lewe, puste strony, które autor był łaskaw zostawić czytelnikowi do własnych przemyśleń. Zapisałam je ołówkiem. Jestem zadowolona.

Roman Ciesielski „rośnie we mnie”, Stowarzyszenie Przyjaciół Pruszcza Gdańskiego i Okolicznych Gmin, Pruszcz Gdański 2015, str. 90

Jolanta Szwarc

 

Przeczytaj też w tym dziale niżej recenzję książki R. Ciesielskiego Trudny powrót. Wiersze wybrane (2013)