„Późny debiut” Radosława Sączka

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: niedziela, 17 luty 2019 Drukuj E-mail

Leszek Żuliński

ULICZKI W ŚLEPĄ STRONĘ

Redaktor naczelny portalu LM przysłał mi cztery publikacje, które wyszły w 2017 roku. Przejrzałem i – jak na razie – wybrałem tę właśnie książkę, która wydała mi się najciekawsza.
No i wpadł mi w ręce tomik, o którego autorze nic nie wiedziałem, a on przecież także stąd, z Warszawy. To są takie alarmowe sygnały, że coraz trudniej ogarnąć „rynek poetycki”. Róg obfitości jest już teraz nie do ogarnięcia.
Na plecach książki czytam: Radosław Sączek (ur. w 1975 r.), poeta i muzyk. Publikował w „Akcencie”, „Studium”, „Arkadii”, „Nowej Okolicy Poetów”, „Opcjach”, „Arteriach”, „Gazecie Wyborczej”, „Kulturze Miasta” oraz w tzw. prasie Artzinowej. Jego wiersze ukazywały się też w postaci śpiewanej – w muzycznych publikacjach zespołów DHM, ChaplingChampan i Zahlada. Pochodzi z Puław. Mieszka w Warszawie.

Hmm, rynek poetycki, to jedna sprawa, a „rynek pokoleniowy”, to druga. Sączek najwyraźniej ma „swoją niszę”, swoich fanów i – rzecz jasna – tam się realizuje. Zresztą zupełnie nieźle (o czym będzie dalej), aczkolwiek w pejzażu osobliwym – mam tu na myśli ilustracje, które stanowczo mnie nie uwiodły (są rodem co nieco z komiksów), ale to sprawy drugorzędne; mnie interesuje tekst.

Aha… Na końcu książki znajdujemy posłowie skądinąd znanego Macieja Płazy. Bardzo ciekawe, mądre, bardzo celne. Płaza uzmysławia ten „stan rzeczy” zza pleców, niezwykle specyficzny, reistyczny, obyczajowy. Przypomnę, że to samo smakowało już moje pokolenie: przecież mieliśmy swoich Himilsbachów, Gielów, Stachurów… Tym razem – co Płaza podkreśla – jakiś smog biurokracji nas pożera. I rzeczywiście: wszystko w tym tomiku jest wyrywaniem się z szablonów, które trzymają nas na uwięzi.

Ten tomik podzielony jest na dwie części. Pierwsza nosi tytuł Wiersze do biur. Hmm, jest to sarkastyczne spojrzenie na nasz biurokratyzm mentalny (i – rzecz jasna – urzędowy). Na nasze ubezwłasnowolnienie lawiną przepisów, na las paragrafów i reguł, które jeśli cokolwiek porządkują, to na pewno nie człowieka, tylko jego „służbowe reguły”. Jakaś „cyborgizacja” zaczyna nas owijać – cyborgizm zamiast humanizm.
Oto – dla przykładu – wiersz pt.: Gromadzenie wojsk: Nic się nie martw. Kafka chodził do biura. / Gombrowicz chodził do biura. / Dickens. // Nic się nie łam. Wojtek nie jest pisarzem. / Nie została pisarką Magda. / Aśka. // Rozciągam kolumny, żeby więcej zmieścić. / Wpisuję armie, wyszywam sztandary. / Zaatakujemy ze słońcem, niech mrużą oczy. // pognamy ich do roboty. / Spadną z fikcyjnych posadek. / Ograbimy ich z grantów. / Zabijemy ich mecenasów. // Uzbrojony dziki lud będzie szalał, / aż stężeje wreszcie. To marsz pokojowy, a może procesja! / Dzikus zaśpiewa w stronę pałaców: LI-TE-RA-TU-RY I CHLE-BA!
No cóż… To wszystko nie wzięło się z sufitu. Dehumanizacja naszego żywota, reizm, konkret, przychód, debet, paragraf, szmal… No, chyba przed Sączkiem nikt aż tak wyraziście nie opisał przemian socjo-egzystencjalnych. I to językiem nie gazetowym, lecz poetyckim (choć, jak się domyślacie, nie przeliryzowanym). Ten tomik to ważny sygnał.

Jego druga część nosi tytuł Chory rozsądek. Dla ciebie, Czytelniku, żadna to pociecha, bo Sączek nie buszuje w Arkadii, tylko w wybojach żywota. Aura bardzo przyziemna, trotuary życia byle jakie, a cele? A cele żadne. Coś nieprzesadnie, lecz jednak luzacko, tłucze się w tych wierszach.
Spójrzmy na wiersz pt. W knajpianym ogródku: Browary, winka i niegroźne plotki / zebrały nas kilku tutaj, bo nie porozumienie przecież. / Mogłoby się wydawać, że mamy wspólną duszę, / lecz mamy tylko wspólny zbieg okoliczności // Formy zbliżone, z podobna liczbą zmarszczek, / bratnie doświadczenia z siostrzaną abstrakcją, / ktoś już nie ma matki, ktoś już nie ma żony, / księżyc jest trochę wspólny jak znany logotyp. // Upraszczając język, szukamy języka / w pamięci lub w żarcie, jest zbyt niehigienicznie / grzebać za nim w gębie. Wspólnik to wspólnik, / co najwyżej. Co najmniej to chyba kolega z podstawówki. // Gdy mówię „my” o Człowieku, jestem staroświecki. / Z kolei Ja jest uliczką w zupełnie ślepą stronę. / Pijemy winka i niegroźne plotki, / u końca i tak każdy weźmie osobny rachunek.

Oto symptomy wyobcowania! Radosław Sączek opowiada „z zaplecza” o ludziach, którzy nie spacerują sobie po eleganckich deptakach. Podczas lektury coraz mocniej kiełkowało we mnie wrażenie, że mamy do czynienia z kolejną alienacją pokoleniową. Nie jest to wydumane; rzeczywiście żyjemy w różnych niszach i standardach. No i znowu odżywa poezja „nieestetyzująca”, nie „pięknoduchowska”. Odzywa się po prostu behavior naszego mało cudownego żywota.

Radosław Sączek „Późny debiut”, Doświadczenia z Perspektywą i Dla Kontrastu – fundacja na rzecz kultury niezależnej, Warszawa 2017, str. 90

Leszek Żuliński