Z DNIA NA DZIEŃ, Z TYGODNIA NA TYDZIEŃ

„Tacierz” Michała Zabłockiego

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: środa, 26 sierpień 2020

Leszek Żuliński

TOMIK WIELCE OSOBLIWY

 Osobliwa to książka! Po pierwsze nosi tytuł Tacierz, co – jest „kontrą” do słowa Macierz. Po drugie, to nie jest książka ani prozatorska, ani poetycka.
 Na ponad stu stronach znajdujemy tu dwuwersowe sentencje rozmaitej wagi. Innymi słowy Autor napisał niemały zbiór – hmm, jak to nazwać? – swoich krótkich rozmyślań różnej treści.
 Poniżej przytoczę Wam dziesięć zdań (rozmaitych, oderwanych od siebie), w których artykułował to, co zapewne „dudniło” w jego głowie. Oto one:

Idzie wiosna i już widzę // jak kwitnie w was moje życie
***
Każdy widzi, kto jest królem // Król nosi koronę
***
Przykazanie nowe daję wam // byście się wzajemnie nie kopali
***
Skoro was tak nakreśliłem // to już was nie skreślę
***
Ssanie palca uniemożliwia śpiewanie // Będziesz musiał wybierać

Czytaj więcej: „Tacierz” Michała Zabłockiego

Blask oczu Stachury

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: wtorek, 25 sierpień 2020

Jerzy Żelazny

Żale Agatona

Zacząłem ten tekst pisać osiemnastego sierpnia. Za chwilę powiem dlaczego.
Kilka dni temu szperając na półkach swej domowej biblioteczki, by wybrać książkę do czytania – lubię wracać do dawnych lektur – natknąłem się na powieść Złoty pelikan gdańskiego pisarza Stefana Chwina. Zdziwiła mnie ta książka – nie pamiętałem, że ją posiadam. Czyżbym kupił i nie przeczytał? To mi się zdarza, ale nie wobec takiego pisarza jak Stefan Chwin. Zacząłem czytać, tekst wydał mi się całkiem nieznany, ale do czasu - gdy doczytałem do miejsca, w którym głównego bohatera powieści na dworcu gdańskim zaczepia żebrząca dziewczyna, przyszło raptem olśnienie – znam tę powieść, przypomniał mi się jej plan. W zarysie oczywiście. Przestałem przebierać w książkach, postanowiłem, przeczytać powieść Stefana Chwina jeszcze raz, bo to nader interesująca i mądra proza.

 Przygoda z książką Stefana Chwina przypomniała mi inne zdarzenie, właśnie z 18 sierpnia, ale  sprzed trzech lat. Oczywiście nie było czymś nadzwyczajnym, a jednak…
Lubię ze swej biblioteczki wyciągnąć  - jak już wspomniałem – książkę, którą nabyłem powiedzmy trzydzieści albo i więcej lat temu, by sobie ją przypomnieć, odświeżyć przeżycia związane z jej lekturą przed laty. Oczywiście nie zawsze to się udaje – pamięć nie emituje żadnych wzruszeń ani refleksji związanych z dawną lekturą, jest bezbarwna, zwyczajnie - niewiele pamiętam, co przecież nie jest takie dziwne – jedne książki zapamiętuje się na zawsze, inne pamięta się przez pewien okres, a jeszcze inne zacierają się w pamięci po krótkim czasie.

Czytaj więcej: Blask oczu Stachury

„Pod złą gwiazdą” Ewy Popławskiej

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: niedziela, 23 sierpień 2020

Irmina Kosmala

JEDNO NIEBO, DWA ŚWIATY

Dwie rzeczy pouczają człowieka o całej jego naturze: instynkt i doświadczenie. Blaise Pascal

Istnieją pragnienia, które nadają wagę życiu, ale są i takie, które - gdy się ucieleśnią - potrafią stać się jego przekleństwem. Taka refleksja najdzie z pewnością każdego, który zajrzy do niniejszej książki.
Młoda utalentowana pisarka, Ewa Popławska, zaprasza nas w swej najnowszej powieści do świata siedemnastowiecznej Łodzi – miasteczka jeszcze nie przemysłowego, jakie zapamiętamy z Ziemi obiecanej, a rolniczego, zmagającego się na co dzień z biedą, głodem, zarazami, z których najgorszą jest szwedzka zawierucha, pozostawiająca bolesne sączące się rany zarówno na ciele, jak i na psychice ofiar. Jedną z nich jest żyjąca w skrajnej nędzy Grosikówna, matka małego Staszka, który przez swój nędzny wygląd oraz płochliwe zachowanie staje się pośmiewiskiem miasteczka. Nikt nie domyśla się, kim jest ojciec chłopca. Z czasem tajemnica ta zaczyna kobietę przygniatać niczym kamień. Z pewnością w zdumienie wprawi nas kuriozalne zachowanie księdza, który szantażem nieudzielenia ostatniego namaszczenia konającemu chłopcu doprowadza do wyjawienia skrywanego latami przez Grosikównę hańbiącego jej ciało i ducha sekretu.

Autorka ciemnymi barwami obrysowuje południową Wielkopolskę. Ludzie wobec siebie są tu nieufni, nieszczerzy i skąpi. Oczywiście, ma to swoje psychologiczne uzasadnienie w potwornych doświadczeniach mieszkańców ziem często grabionych przez najeźdźcę, palonych, napastowanych przez Szwedów i Rosjan kobiet, zabijanych mężczyzn.

Czytaj więcej: „Pod złą gwiazdą” Ewy Popławskiej

„Herbertiada” Kołobrzeg 2020

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: sobota, 22 sierpień 2020

Część pierwsza – sierpień

Sobota, 22 sierpnia
Regionalne Centrum Kultury im. Zbigniewa Herberta w Kołobrzegu.
W pierwszej odsłonie tegorocznej „Herbertiady” będzie można zobaczyć unikalny dokument filmowy „Powrót Pana Cogito”.

Zdjęcia zrobiono w dzień lub przeddzień premiery spektaklu „Powrót Pana Cogito”, który przygotował śp. Tadeusz Malak. Mamy więc rok 1981. Skądinąd wiadomo, że próby do tego spektaklu zaczęły się w latach 70., ale władza była niełaskawa go puścić w lud. Otóż pamiętam, że ów spektakl widziałem dość późną nocą, ze skąpym gronem widzów, wszystko było dość ciemne i żywo przypominało fragmenty przywołane w relacji filmowej, o której piszę. Z pewnością co najmniej znakomita większość wykonawców była tymi, którzy podjęli trud sceniczny w 1981 r. (piszę “większość” z przyrodzonej profesjonalnej ostrożności). Był to albo koniec mych bojów ze szkołą średnią lub początek studiów; raczej to drugie, gdyż p. Malaka poznałem w mieszkaniu Międzyrzeckich, gdzie Wuj przemieszkiwał po “belfrowaniu” za oceanem. Co więcej byłem świadkiem rozmowy o zgodzie na w/w spektakl, co zakończył dość długi wieczór ze śpiewaniem rycerskich piosenek. Właściwie to p. Tadeusz udzielał się wokalnie, bo Wuj i ja nawet na tle maszerującego wojska, po komendzie: Śpiew!, wyróżnialibyśmy się raczej zdecydowanie negatywnie, niech nam wybaczą Polihymnia i wysokie cienie mego Dziadka i Jego Ojca – mówi dr hab. Rafał Żebrowski, siostrzeniec Poety.

Czytaj więcej: „Herbertiada” Kołobrzeg 2020

Stare książki i przyroda

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: piątek, 21 sierpień 2020

Remigiusz Okraska

Lektura wyłącznie współczesnych autorów wysusza mózg
Nicolas Gomez Davila

O oddzieleniu człowieka od przyrody świadczą nie tylko widoczne gołym okiem spustoszenia ekologiczne. Nie tylko statystyki ze skumulowanymi liczbami tyczącymi się tego, co niewidoczne. O dokonanym rozbracie z duchem natury dobitnie przekonuje mnie co zupełnie innego i rzadko dostrzeganego przez wszelkiej maści "ekologów". Tym mniej popularnym, ale równie znamiennym świadectwem jest język, w jakim formułujemy swoje wypowiedzi o przyrodzie. Uwidacznia on wielką i głęboką przepaść, która dzieli nas od lasów, pól, łąk, jezior i rzek. Od orła i puchacza, wilka i susła, dębu i wiązu, storczyka i dziewięćsiła.
Nasze słownictwo dotyczące przyrody przypomina albo quasi-naukowy bełkot, albo techniczno-eksploatatorski żargon, albo jakąś wydelikaconą new age'ową nowomowę. Nie potrafimy już oddać słowami tego, co istotne w naszym odbiorze przyrody. Nasz język wyraża nie ducha, lecz literę. Jesteśmy ubożsi o umiejętność wyrażania emocji powstałych na styku człowieczego wnętrza oraz tchnienia królestwa flory i fauny.
Dlaczego sądzę, że utraciliśmy coś, co kiedyś posiadaliśmy? Skąd o tym wiem? To proste: ze starych książek. Nie ma już wśród nas ludzi, którzy pamiętaliby czasy silnego, niemal intymnego związku z przyrodą. Nie ma tych, którzy mieli swój język, rządzący się własnymi prawami i wyrażający to, co zagubiliśmy w świecie asfaltu i drapaczy chmur, w otoczeniu lśniących blach samochodów i szumu włączonego komputera. Są jednak stare książki. Są drzewa zamienione w papier, lecz mimo to mówiące do nas własnym głosem – głosem, który kiedyś był powszechnie rozumiany.

Czytaj więcej: Stare książki i przyroda