Szelesty czasu

Category: z dnia na dzień Published: Wednesday, 28 July 2021 Print Email

 

Jerzy Żelazny     

Czas jest ojcem prawdy.
                                                                        François Rabelais       

1. CZAS POŁOGU
                
Kogo skrywasz?

Tata Edziuch włożył dłoń pod koszulę mamy Weronki i czule głaskał jej wzniosły brzuch, uszczypnął delikatnie w okolicy pępka. I mówił:
- Ciekawe, kogo tam skrywasz – dziewuszkę czy siurka?
- Chłopaka. Wiem, bo się rozpycha, ciasno mu.
- Jeśli dziewuszka, to musi być ładna, a chłopak mądry.
- Będzie mądry, zajdzie wysoko. I nie spadnie z tej wysokości, taka moja nadzieja.
Tata Edziuch poczuł na palcach dłoni przyległych do brzucha brzemiennej napominający prąd. Cofnął rękę, obejrzał dłoń – nie było na niej żadnego śladu. Tylko jeszcze przez moment tętniło  pieczenie palców. Głos Weronki go uspokoił:
- Zaprowadź dzieci do Tylochów, niech tam posiedzą kilka dni, by się tu nie kręciły. Leoś natnie im drewek do platy, on lubi rąbać, a Kundzia zabawi się z babcią Ludwiką. Stara nie potrafi się napatrzyć na wnuczkę. I z księdzem proboszczem się pobawi, na pewno posadzi ją na kolanach i będzie huśtać, a Kundzia chichotać. Ona to taka śmieszka. Po drodze wstąp do babki Chmielowej, powiedz, niech będzie  gotowa, żeby gdzieś nie polazła, bo może już dzisiaj… On się wierci, chce na świat, śpieszy się, będzie z niego pociecha… I urwis. Nie waż się klepnąć babki Chmielowej w tylek; wiem, że cię ręka swędzi, żeby ją tam zdzielić albo pogłaskać.
- Jeśli Bóg obdarzy nas chłopakiem, to jak damy mu na imię? – mówił Edziuch, pomijając milczeniem sprawę klepnięcia w tyłek babki Chmielowej.
- Bóg nas obdarzy? Ja urodzę – zabrzmiał dumnie głos Weronki. - Przy bożej pomocy – dodała asekurancko. – A na imię damy Jerzak.
- Ładniej byłoby Jerzon.
- Nie, ma być Jerzak – powiedziała z naciskiem. I dodała: - Jerzak i bez gadania! I niech przyjdzie Jadźka, pomoże.
- Przecież to jeszcze panna i ma być przy porodzie? I na dodatek kulawa. Noworodek spojrzy na jej kulas, a z tego tylko nieszczęście… - Tata Edziuch zamilkł, bo spojrzenie mamy Weronki nakazywało mu zamknąć japę i robić to, co nakazała. Westchnął i wyszedł z sypialni. 

                         

Siekierka Leocha

Tata Edziuch wyprowadził ze stodoły rower o nazwie Victoria, obejrzał koła, pedały, sprawdził napięcie łańcucha, przetarł szmatką ramę, bo się nieco przykurzyła i zawołał dzieci.
- Pojedziemy do wujka.
Przez otwartą furtkę wyprowadził rower na ścieżkę, która miała swój początek przy domostwie Gniewków, zygzakowato ciągnęła się między zagrodami wybudowania, które nazwano Marianowem, a koło stawu Witkowskich ścieżka łączyła się z polną drogą prowadzącą z osady Koń do centrum wsi, jeśli można użyć tak ważkiego słowa na określenie dość zwartego ciągu domów po obu stronach wybrukowanej szosy. Ten szpaler zabudowań nazywano Wioską. W środku tego skupiska znajdował się dom, jeden z bardziej zasobnych, wujostwa Tylochów. U nich miał Edziuch zostawić dzieci na czas połogu mamy Weronki.
Będąc na owej ścieżce, którą wyruszało się w każde miejsce w okolicy, łączyła bowiem Marianowo ze wsią gminną, jechało się nią do miasta, można rzec, - by objechać cały świat, trzeba podróż rozpocząć na tej ścieżce. Edziucha czasem nęciły takie pragnienia - wsiądę na Victorię i już się nie zatrzymam, dopiero na końcu świata. Jednak nawiedzała go wątpliwość - gdzie jest ten koniec świata, czy on istnieje? A może jest tutaj, gdzie stoję? Koniec i zarazem początek? I coś mu podpowiadało, że one tkwią w nim - koniec i początek świata.
W tamten dzień mocno trzymał kierownicę, rzekł:
- Siadajcie, gzuby. Leoch na bagażnik a Kundzia, chodź, posadzę cię na ramie, pojedziemy. Na zakrętach nie przechylajcie się zanadto. 
Gdy się przymierzał, by wsiąść na rower, a starał się to uczynić rozważnie, by się nie wykopyrtnąć wraz z dzieciakami i czegoś sobie albo dzieciom nie zrobić. Zauważył też wystający zza żakietu Leocha trzonek siekierki. Kupił zgrabną na targu w Jabłonowie i podarował chłopakowi, a ten się z nią rzadko rozstawał. I bez ustanku coś wycinał.
 - Po co ci siekierka? – zaciekawił się. tata – Wuj ma poręczną do rąbania drewek, da ci.
- Przyda się moja - rzekł synek na odczepnego. Edziuch zadowolił się tą odpowiedzią, nie dociekał, co też Leoch zamierza nią ciąć. Drewka do palenia w kuchennej placie? Od biedy można małą siekierką, dużą pewnie chłopakowi ciężko, mały jeszcze, chociaż jak na swoje lata dość krzepki, suszkę potrafił ściąć i przynieść z lasu - uspokoił się. Nie wiedział, że chłopak ma zgoła inne plany. A siekierkę zawczasu wyostrzył pilnikiem, była ostra niczym scyzoryk.
Zajechawszy na podwórze Tylochów, Edziuch  zawołał:
- Jadźka, weź te moje gzuby, daj im jakie zajęcie, a gdy już bociek załatwi u nas sprawę, zaprowadź je na Marianowo. Moja chce, żebyś z nią trochę pobyła. – To rzekłszy, odjechał, nie patrząc na swe latorośle.
Kulawa Jadźka wzięła za rękę Kundzię, a do Leocha rzekła:
- Ty też chodź. Siekierkę w sieni połóż, nikt ci jej nie weźmie. I po co ją przyniosłeś? Jakby u nas nie było siekier.
- Przyda się – powiedział chłopak i usiadł przy kuchennym stole, kuzynka bowiem nalała do talerzy barszczu, którego nie zjedli domownicy  podczas obiadu, trochę zostało w garnku.
- Były do barszczu - powiedziała Jadźka - kartofle ze szperkami, ale nie został nawet jeden kartofelek, zjedli wszystkie i poszli plewić buraki, tylko ja zostałam, bo muszę przypilnować babcię Ludwikę, pomóc jej, gdyby się jej coś zachciało. I Czech nie poszedł na pole, bo musi narwać zielska dla królików… O, idzie, już zaniósł królikom żarcie. – Jadźka wyszła do sieni, a następnie otworzyła frontowe drzwi, zawołała: - Czechu, przyszedł Leoch, zaprowadź go do szałerka, pokaż mu, które ma rąbać drewka, siekierkę z sobą przyniósł, daj mu większą, bo swoją niewiele zwojuje.
Czech dal chłopakowi boksa w żebra i powiedział: - Chodź, jebusiu mały.
Gdy szli prze podwórko, Leoch spytał nieśmiało:
- Czechu, weźmiesz mnie z sobą, gdy pod wieczór pójdziesz dzwonić na Anioł Pański? Chciałbym się uwiesić i podyndać się na sznurze dzwonu.
 Czech pokazał kuzynowi kupę wałków porzniętych na krótkie. – Te porąb na drobne drewka. – I dodał: - A na sznurze dzwonu to ty możesz się powiesić i wywalić jęzor. – I pobiegł na szosę, a nią gdzieś w kierunku szkoły. Podglądał nauczycielkę, panią Łęgowską, która zaznawała wywczasów między krzewami porzeczek. W skrytości przed mężem czytała po niemiecku  „Mein Kampf” niejakiego Hitlera Adolfa, który niedawno został kanclerzem Niemiec. Tak ją ta lektura podnieciła, że musiała ściągnąć majtki, by słoneczko łacniej głaskało jej kobiecy dinks.
A Leoch cichaczem wyszedł z szałerka, przebiegł przez podwórko, otworzył drzwi wychodka, zamknął się w nim, a po chwili słychać było stukot siekierki tnącej słup podpierający daszek sławojki.
Gdy przyjechali z pola od plewienia buraków, wuj Tyloch rzucił lejce synowi Kazionowiu, wyprzęgnij Gniadą, polecił, a sam pobiegł do wygódki, po drodze odpinając szelki spodni. I ledwie skończył, zawołał:
- Kto, do jasnej ciasnej Anielki, podziabał słup wychodka? I co to ma być? No co, jakieś świństwo chyba… To on, ja wiem – wskazał ręką na Leocha, gdy ten wysunął głowę z szałerka, by się przyjrzeć rozłoszczonemu wujowi. – Ty mi powiedz, co to ma być?
- Jest to, co jest – rzekł chłopak rezolutnie. – Trzeba się dobrze przyjrzeć, to się zobaczy.
Te słowa chłopaka, o dziwo, uspokoiły wuja. Uśmiechnął się i poszedł do stajni wsypać do żłobu kobyle owsa. Natomiast zaciekawiła się sprawą ciotka Bronia. Poszła do wychodka, obejrzała pocięty słup i też zebrało się jej na śmiech, ale zobaczywszy Leocha, spoważniała, mówiąc:
- Wycinasz takie paskudztwo… Niech no spotkam twoją matkę, powiem, jej, jaki z ciebie lontrus, zerżnie ci dupę, że przez tydzień na niej nie usiądziesz.
       

Kobiecy dinks

Czech, zajrzał do wychodka, bo wcześniej Jadźka szepnęła, że Leoch coś wyciął na  słupie sławojki, czym się ojciec zezłościł, a matka przyobiecała naskarżyć jego mamie i zachęci ją, żeby mu zerżnęła dupę; zobacz, co on tam wydłubał.
Czech, gdy to  obejrzał, zagwizdał z uznaniem. Zajrzał do szałerka, w którym Leoch rąbał drewka, najpierw zaśpiewał na melodię tylko jemu znaną:
Gdzie się schował Leoch cwany,
co chodzi z toporkiem?
Łapie ptaki galotami,
podpiera się workiem…
A potem  powiedział:
- Ładnie wyrzeźbiłeś ten kobiecy dinks. Podejrzałeś u którejś albo ci pokazała? – zaśmiał się i dodał: - Taką samą ma nauczycielka, widziałem, gdy rozkraczyła nogi, by jej dinks podgrzało słońce. Dam ci pociągnąć za sznur dzwonu, bo fajnie wyciąłeś toto… Ksiądz się zgorszy, gdy zobaczy, może już nigdy nie wejdzie do naszej wygódki!
Poszli w kierunku kościoła. Był niewielki, urządzony w dawnej niemieckiej szkole, niektórzy używali nazwy kaplica. Za Prusaków w budynku mieściła się z izba lekcyjna i mieszkanie nauczyciela. Gdy zaczęli w tej wsi rządzić Polacy, wystarali się o budowę nowej piętrowej szkoły; były w niej cztery klasy i dwa mieszkania dla nauczycieli, a nawet na facjatce pokój gościnny. W starej szkole z czerwonej cegły urządzono kościół lub, jak kto woli, kaplicę. W izbie lekcyjnej odprawiano nabożeństwa, a w mieszkaniu nauczyciela zamieszkał ksiądz proboszcz. Mieściła się tam też zakrystia. Obok budynku cieśla Prorok Edmund, zwany Edziuchem, zbudował dzwonnicę. Na drewnianej wieżyczce zawieszono dzwon, którym opiekował się Tyloch Bronek – dzwonił rano, w południe i wieczorem. Za dnia jednak wysługiwał się synem Czechem, a rankiem, gdy najmłodszy syn słodko spał, odrywał się od obrządku i sam szedł, by ciągnąć za  sznur dzwonu. Czynił to z radością i umiłowaniem, pobożnie wpatrując się w walące serce w kołnierz dzwonu. Był z tego powodu dumny, pysznił się dzwonieniem, u niektórych mieszkańców wzbudzając zawiść. Zastanawiał się też, czy dzwonienie powoduje, że ludzie się na tern zew zrywają z łóżek, by uklęknąć i odmawiać pokornie Anioł Pański.
Czech popchnął Leocha, mówiąc:
- Idź, ciągnij za sznur, rozbujaj dzwon.
Chłopak uwiesił się na sznurze, podskakując, rozhuśtał dzwon – metaliczny głos roznosił się po wzgórzach i dolinach okolicy. A Czech usiadł na przyziemnej  belce dzwonnicy, zastanawiał się nad arcyważną sprawą - u której kobiety Leoch wypatrzył jej dinks, sądził bowiem do tej chwili, że tylko on  poznał tajemnicę kobiecego krocza, gdy nauczycielka, pani Łęgowska, będąc bez majtek, rozwierając uda, poddając ich wnętrze słonecznym łaskotkom. 

                  
Stuknij się z nami, Edziuch

Rodzenie nowego Proroka zaczęło się nazajutrz  w południe. Tata Edziuch zawiadomił babkę Chmielową i dwie sąsiadki do pomocy – Wójcikową i Kłoskową, kobiety jeszcze warte grzechu. Przyszła też trzecia, Napierska Nastka, z ciekawości przyszła, bo bezdzietna. Mówiła, to wina jej chłopa. Stary Napierski słysząc żale swej synowej Nastki, rechocząc z cicha, mówił do syna, po co ci małe bajtle, nie ma głupich, kto ma pszczoły, ten ma miód, a kto dzieci, ma smród. To nie sztuka zrobić kobiecie brzuch, ale skosztować jej miodu bez przychówku. Stanowczo stary Napierski zwany Napierajem nie chciał wnuków. A bo to nam źle bez knuzli? Cicho jest, nikt się nie psoci… I mamy pszczoły. 
Paciurajda, co się niedawno sprowadził na Marianowo i któremu zdechł ślepy koń, słysząc te słowa, spoglądał zazdrośnie na pasiekę Napieraja, a wrzeszczące dzieciaki wzniecały w nim  zniecierpliwienie i złość. - Tyle tego wepchało się bez litości na ten świat, skaranie boskie, mogło kilkoro zemrzeć tak jak Kłoskom. I rób na nich od rana do nocy, daj wszystkim żreć… - powtarzał w myślach buntownicze słowa. Ale te myśli sprawiały, że  ogarniał go wstyd i strach, Bóg tak chciał, usprawiedliwiał posiadanie licznego przychówku. Brał na ręce  najmłodszą córkę, Pućkę, tulił, szeptał czułe słowa, chcąc pieszczotą zdusić  wredne myśli.
Gdy tata Edziuch usłyszał krzyk Weronki, nie potrafił go znieść, uciekł więc ścieżką nad staw, a właściwie nad bagno, bo raczej takie miano należało się temu rozlewisku i tak też mówiono. Niewiele było tam lustra wody, pływał po niej peł, trzęsawisko utworzone przez mszary, splątaną bagienną roślinność. Kiedy się po nim szło, uginał się, a pod stopami tryskała woda, latem nagrzana słońcem mile łaskotała ciepłem bose stopy. Po środku rosły młode olszynki, wodne wikliny, gęste i powykrzywiane. Leoch urządził tam legowisko i tata Edziuch na nim się ułożył, z kieszeni wyciągnął kwaterkę gorzałki, pociągnął kilka razy, szepnął do siebie z chichotem: - Ona się męczy rodzeniem nowego Proroka, a ja się wyleguję w słonecznym cieple, popijam gorzałeczkę, żaby kumkają z ochotą, jest fajnie. Ciekawe kogo urodzi? No przecież chłopaka, musi być nowy Prorok. Ten prąd, który poczuł na palcach, gdy dotknął  brzucha swej kobiety, nasuwał myśl, że będzie to niezwykły bajtel.
Kiedy wrócił, było po wszystkim. Babkę Chmielową spotkał na progu, wracała do swej chałupy. Ujrzawszy Edziucha, uśmiechnęła się kusząco, mówiąc, ta twoja kobieta szybko się uwinęła, ma  spryt do rodzenia. Chyba nie chcesz skończyć na tej trójce, warsztat wynieść na strych… Zabierz się do roboty, jak tylko przyjdzie do siebie. Dasz chłopcu na imię Jerzak? Ładnie. Wyrośnie na fajnego Proroka. A kolejny Prorok za rok? – rozchichotała się, aż się jej tłusty brzuch rozdygotał  swawolnie. Edziuch zachęcony tym trzęsącym się bebconen, klepnął babkę w tyłek. Ta w odpowiedzi zaśmiała się lubieżnie i rzekła:
- Nie pozwalaj sobie, Edziuch. Twoja ma też zgrabny tyłek, w sam raz, żeby palnąć męską grabą – spoważniała i przyspieszyła kroku. Była to hoża trzydziestokilkulatka, na dobitek samotna, jej chłop wyjechał na Pomry do roboty i tam wsiąkł bez wieści. Chmielowa oczekując na jego powrót, wyszkoliła się na akuszerkę, pomagała rodzic potomków wiejskim kobietom.
Sąsiadki pomagające przy porodzie siedziały w kuchni, objadając  się ugotowanymi jajami, posypując je wpierw solą.
- Masz syna, Edziuch – zawołały wszystkie naraz, gdy wszedł do kuchni. – A Weronka śpi, nie budź jej, niech odpocznie, namęczyła się, dzieciak wyrośnięty, ciężki, oj, nadźwigała się, nim wydała na świat – mówiła Kłoskowa. A Nastka Napierska podając mu jajko, zachęciła:
- Stuknij się z nami jajkiem, Edziuch, by mały chował się na bożą chwałę. Będzie z niego galanty Prorok.
Uderzył jajkiem po kolei w trzymane przez kobiety, skorupka popękała, obrał ją do czysta i całe wetknął  do ust, pogryzł i połknął. Potem  zerknął na pustą kobiałkę od jaj. Zżarły cały mendel, sporo, ale narodził się  chłopak, pocieszył się. Wszedł do sąsiedniej izby, położył się na leżance, wkrótce zachrapał radośnie, a nawet elegancko. Jednakże krótko spał, jego współpracownicy przynieśli gąsiorek z samogonką. Byli to Zdunek, murarz, młody, ale już nie tak młody, Roch Napierski oraz Środa Janek, syn wdowy – tak siebie tytułował. W istocie - urodził się po śmierci urzędowego ojca, który ze starej gruszy na ziemię spadł i złamał sobie w krzyżu gnat – tak głoszono we wsi, a domniemany syn nawet wyśpiewywał to powiedzonko na melodię pieśni dziadowskiej. Stary Środa, ale wówczas jeszcze nie tak stary,  wkrótce umarł. I ludzie nijak nie potrafili doliczyć się tych dziewięciu miesięcy – od śmierci ślubnego męża wdowy do urodzin syna Jacha upłynęło co najmniej dwanaście miesięcy, a Środa, gdy zleciał ze starej gruszy, do baraszkowania z kobietą się nie palił. Wprawdzie matka Jacha twierdziła, że tiż przed śmiercią dostał nagłej ochoty i mu nie odmówiła, lecz ułatwiła, siadając okrakiem na udach swego ślubnego, bo innej pozycji nie potrafił przyjąć, ale miesiące i tak się nie zgadzały.
- Skoro urodził ci się nowy Prorok, to trzeba uczcić – powiedział murarz Zdunek i postawił gąsiorek na stole, który stał na werandzie. Ta weranda zwykle służyła za miejsce biesiadnych spotkań w obejściu Proroków, a było tam przewiewnie i przestronnie, z ochotą pluto na cementową posadzkę, nikt się na ten zwyczaj nie krzywił.
Nastka z  gniazda w kurniku przyniosła świeże jaja, ugotowała na miękko, dała przybyłym na zagryzkę.
– Żeby za rok był nowy Prorok – zawołali przybysze, unosząc szklaneczki, wstając dla fasonu i lepszego efektu toastu.
- Jo, trzeba – powiedział szczęśliwy ojciec. I zaczęło się picie w milczeniu, chociaż radośnie, tata Edziuch promieniał i z dumą spoglądał na kompanów, z którymi budował w okolicy domy, bawili się razem, grali na weselach i zabawach.
Gdy gąsiorek został opróżniony, zabrakło sąsiadom sił, by opuścić werandę Proroków, odgarnąwszy skorupki od jaj, oparli głowy na stole, zasnęli snem umęczonych. Tata Edziuch dzielnie  towarzyszył im w hałaśliwym spaniu.  
                                                                  

Raczyły się podpiwkiem

Tata Edziuch przebudził się pierwszy. Ziewnął i ocknął się na dobre, spojrzał z niesmakiem na kompanów i na pusty gąsiorek.   
- Co jest – zawołał - przyszliście tu się wysypiać?  Obudźcie się, psiekrwie!
 Pierwszy otworzył oczy Środa Janek, zerknął na Edziucha półprzytomnie, ale z niepokojem.
- O, pan majster już na nogach? Co, szykujemy się do roboty?
- Dziś, co ty, Jachu? Przyszliście przecież opić narodziny mego synka. Do roboty od jutra A gdzie Roch? Jak zwykle  - ten antlager, gdy gąsiorek pusty, to się cichaczem wynosi.
- Roch ciągnął jak smok. Ma majster monopolówkę? Jeszcze by się wypiło.
- A mam, zaopatrzyłem się na ten dzień. I wypijemy, ale najpierw zagrajmy małemu. Przynieśliście może instrumenty?
- Położyliśmy w sieni, czekają.
- Zbudź Zdunka, a ja pójdę zobaczyć, czy moja już nie śpi i doszła do siebie. I muszę zerknąć na nowego Proroka, bom go jeszcze nie widział.
W kuchni siedziały kobiety, które asystowały przy porodzie. Nie poszły do swych domów, widać  przyjemnie się im plotkowało przy podpiwku, którego naszykowała na tę i inne okazje mama Weronka. Kilkanaście butelek czekało w piwnicy, do której można było wejść podnosząc w podłodze kuchni  klapę. Twarze kobiet nabrały pąsowych kolorków, to efekt spirytusu, którym Weronka okrasiła swój wyrób.
- Ona już nie śpi. Idź do niej, zobacz synka.
- Pójdę, ale z muzyką, uroczyście. – Zawrócił na werandę, po drodze wziął skrzypce. Jego kompani już przynieśli z sieni swe instrumenty – Zdunek akordeon, a Środa Janek bębenek, na którym wystukiwał rytmy, w zespole był też solistą, śpiewał popularne w tamtym czasie szlagiery. Przewodził cieśla w grze na instrumentach, jak i robocie, czyli tata Edziuch. Nastroił skrzypce, pociągnął jednocześnie po dwu strunach, zabrzmiały  czule.
- No! - zawołał cieśla z zadowoleniem. I zagrał rzewnie kujawiaka. W kuchni siedzącym tam kobietom od tej melodii robiło się mokro, wiadomo w którym miejscu.

           
Miłość ci wszystko wybaczy

 - Chodźmy zagrać małemu. I jego mamusi, zasłużyła – powiedział cieśla. - Ty zaśpiewasz – wskazał brodą Środę Janka. – Kołysankę zaśpiewaj.
- Nie dam rady, gardło mi sparszywiało, ochrypło. Jeśli nie przepłuczę monopolówką, nie wydobędę głosu. Przynieś, majster, flaszeczkę.
- Przyniosłem. Ba, zaopatrzyłem się zawczasu. Oj, sporo mnie kosztują narodziny nowego Proroka. Miałem kupić buty starszemu, bo chodzi w rozczłapanych, musi poczekać na nowe, aż na nie zarobię. Ba, trzeba uczcić narodziny syna, taki mus! – Tata Edziuch wyciągnął z kieszeni kwaterkę, rozlał do szklaneczek. Wypili, Środa Janek chuchnął z rozmachem.
- O, teraz chce mi się śpiewać, oj chce! – I nie oglądając się na kompanów, ruszył do przodu, a otworzywszy drzwi izby, w której leżała mama Weronka z nowonarodzonym, zaśpiewał:
 - „Oj , maluśki, maluśki, maluśki jako rękawiczka…”
- Co ty, Jachu, kolędy chcesz śpiewać o tej porze? – ofuknął go murarz Zdunek.
Środa Janek spojrzał bezradnie, nie wiedział, co się śpiewa w takiej doniosłej chwili, zamierzał zacząć ‘”Sto lat, sto lat… „, ale akordeonista zagrał słynną w owym czasie piosenkę „Miłość ci wszystko wybaczy…” Tata Edziuch z radością wsparł go, wygrywając melodię na  skrzypcach. A grał żarliwie. Z uczuciem też śpiewał Środa Janek, stukając w bęben delikatnie, by nie przestraszyć małego.              
Gdy skończyli, Weronka uniosła głowę i nie spojrzawszy na swego chłopa, tylko na Zdunka, jakby to on przewodził grupie, powiedziała:
- Wynoście się, dość tych szpasów, chcę mieć spokój. I cuchnie od was wódą. No już, wynocha! – rzuciła ostatnie słowa ostrzej, gdyż stali, jakby nie wierząc własnym uszom, że się ich wygania po zagraniu tak pięknej melodii. Gdy ruszyli do drzwi, Weronka zawołała:
- Ty, Edziuch, zostań. Mamy do pogania!
Zabrzmiały jej słowa groźnie, ale gdy się zbliżył do położnicy, ta chwyciła jego rękę, przycisnęła do piersi, wyszeptała:
-  Przypatrz się, jak pięknego synka ci daję.
- Piękny to będzie za jakiś czas, a teraz pomarszczony, czerwony niczym niewydarzona ronkel. I śpi. Ale fajnie, że chłopak, wyuczę go ciesiółki, galanty będzie majster, bo ten starszy to chyba wyrośnie na jakiegoś cudaka, może artystę, ciągle dłubie w drewnie, nie rozstaje się z toporkiem, który mu sprezentowałem.
- Artystą nasz synek, ty masz anung, Edziuch, bój się Boga, nasz syn artystą, no! A toporek zabierz mu, niech go nie kusi.
- To bierze wtedy do ręki kozik i dłubie.
- Werżnij mu porządnie na dupę, to mu przejdą te  durnowate ciągoty. Ty ręki na niego nie podniesiesz, boisz się mu wlać?
Rozmowę przerwały im dźwięki akordeonu. To murarz Zdunek dał znak, że czekają na dokończenie flaszki z monopolówką.

 

Zagrajcie nam
 
Młoda Napierska wmieszała się między popijających rzemiechów i zarazem okazyjnych muzykantów, pociągnęła majstra Edziucha za żakiet, zawołała:
 - Zagrajcie nam, pokręcimy się, okazja, Prorok się narodził.
Edziuch miał wątpliwości, czy wypada grać kobietom, powinny iść do swych domów, a nie raczyć się podpiwkiem, czas rodzenia już się skończył. Cóż to, nie mają roboty w domu? – zatroskał się. Zdunek jednak był innego zdania – on uwielbiał grać, gdy prosiły o to kobiety, powiedział:
- Dobra – i zagrał „Umówiłem się z nią na dziewiątą….” Napierska pisnęła zachwycona melodią, zaczęła się poruszać w jej rytm, potem chwyciła Kłoskową wpół, kręciły się razem, ale niedługo, jej partnerka odsunęła się od Nastki, podeszła do Środy Janka, wyjęła mu bębenek, odłożyła na bok, rzekła, przestań stukać, bo ci to nie wychodzi, lepiej zatańcz ze mną, synu wdowy. Ten chętnie ją przygarnął, chociaż tłusty bebech gosposi mitygował jego chęć przytulenia się do  jej piersi, wolał smukłe, ale piersiaste. Natomiast Nastka pozbawiona partnerki, objęła biodra taty Edziucha, pociągnęła go do tańca. Cieśla grał na skrzypcach i pozwalał się wodzić kobiecie w rytm tanga. Po chwili odłożył instrument, objął Nastkę, przyciągnął, a jego kolano poszukiwało czułości w jej pachwinie. Gdy kobieta poczuła na idzie   wałkonia sąsiada, przymknęła rozmarzone oczy, a Edziuch szeptał jej do ucha, Nastka, przyjdź dzisiaj do mojej stodoły, mam tam fajne legowisko, dzieci nie ma, psa zamknę w szałerku, a moja jeszcze słaba, by mnie szukać. Zrobię ci to, czego nie chce zrobić albo nie może, twój Roch…
- Edziuch, z ciebie to kawał miglanca – mówiła, łasząc się do sąsiada. – Nie da rady wieczorem, mój mnie pilnuje… Przyjdź jutro w olszynki. O dziesiątej rano przyjdź, będę tam zgarniać rzęsę dla świń, wyrosła grubym kożuchem. Przyjdź, Edziuch…
Zdunek nagle urwał melodię, odłożył akordeon, usiadł przy stole, nalał sobie resztę wódki, wypił i za oknem zobaczył Paciurajdę. Wyszedł na dwór, spytał: - Szukacie kogoś, Zeniuch? Wszystko już wypite, spóźniłeś się.
- A bo to mnie kto zawołał, wlał w grube szkło?
- Nie moja sprawa – rzekł powstrzymując śmiech i poszedł do domu. Paciurajda jeszcze przez chwilę zaglądał w okno domu sąsiada, ale też zawrócił, znikł w swej chałupie.
Do schadzki między cieślą a Nastką nie doszło, gdyż wczesnym rankiem bryczką przyjechał ważny gospodarz, u którego grupa cieśli Edziucha budowała dom. Zmusił ich do zajęcia miejsca w bryczce, zawiózł do swej wioski, bo chciał, aby jak najszybciej ukończyli budowę domu, gdyż wydawał córkę za ważnego urzędnika Starostwa w Brodnicy i planował weselisko córce wyprawić w nowym domu.

 

Na kolanach księdza

Ksiądz proboszcz Tuziak przyszedł na podwieczorek. Zajrzał do babci Ludwiki, by zapytać, jak się czuje, ale zobaczywszy, że u starej jest mała Kundzia, córeczka cieśli, którego lubił i cenił, rzekł:
- O, moja księżniczka. Przyjdziesz do wujka? Wezmę cię na kolana, pohuśtam.
Dziewczynka chciała iść, bo siedzenie przy babci Ludwice było nudne, wolała  siedzieć na księżowskich kolanach, były ciepłe i miękkie, mile łaskotały jej pupę. Jednakże babcia Ludwika przytrzymała małą, studząc nieco zapał księdza, powiedziała:
- Niech ksiądz najpierw zje, co tam naszykowała Jadzia, mała przejdzie do salonu , gdy ksiądz zje. Usiądzie na kolanach i będzie ksiądz ją huśtać.
Koślawa Jadźka  pajdę chleba grubo posmarowaną masłem i kubek z maślanką zaniosła do salonu, powiedziała, smacznego i wyszła.  Ksiądz proboszcz usiadł przy stole i pomyślał, a to ci podwieczorek, chleb z masłem i maślanka. Cóż,  zgodziłem się na takie jedzenie,  żadnych frykasów, zastrzegł, gdy rada parafialna zdecydował, by żywili go po kolei gospodarze, będę jadł to, co domownicy.
Proboszcz nie prowadził domowego gospodarstwa, tylko korzystał z gościny parafian – rada parafialna wyznaczała rodzinę, u której w danym tygodniu będzie spożywał śniadania i obiady, a do której ma  się udawać  na podwieczorki i kolacje. W tym tygodniu podwieczorki i kolacje jadł u Tylochów. Zarobki księdza były mizerne, wieś do bogatych nie należała, nie było stać księdza na zatrudnienie gosposi, więc uradzono, że parafianie będą karmić proboszcza w swych domach.
W tym czasie, gdy proboszcz Tuziak zajadał z apetytem pajdę chleba z masłem, popijał maślanką, babcia Ludwika mówiła do wnuczki:
- Gdy cię  ksiądz posadzi na kolanie i zacznie huśtać, a ty poczujesz, że mu pod sutanną urosło coś wałkowate, to go złap za to, ściśnij i nie puszczaj, lecz ugniataj, aż się zrobi małe…
-  Ksiądz nie ma na sobie sutanny- zauważyła Kundzia.
- No tak, nie ma, tylko spodnie, to i lepiej.  No, idź! – popchnęła Kundzie. A gdy dziewczynka znikła za drzwiami salonu, stara zaśmiała się  złośliwie, chichotała jakiś czas, ściskając uda, by się nie posikać, ale raptem spoważniała, a w jej oczach pojawił się najpierw smutek, potem strach; myślała z niepokojem, znowu zgrzeszyłam, jaki czart podszepnął mi, żeby namawiać wnuczkę tak niecnie… Będę musiała księdzu wyznać ten grzech podczas spowiedzi, chyba że zataję… Muszę zmazać go przed spowiedzią – wzięła do ręki różaniec, odmawiała żarliwie ojczenasze i zdrowaśki, ale wkrótce zmorzył ją sen, spała do kolacji.
A Kundzia, gdy poczuła, że księdzu coś rośnie w spodniach, złapała go tam, ściskała zgodnie ze wskazówkami babci. Ksiądz sapnął i znieruchomiał, a po chwili małą zsunął z kolan i pobiegł do wychodka, a zobaczywszy rzeźbę Leocha, jęknął boleśnie, a doznawszy ulgi, poszedł na łąkę, rozciągała się za stodołą, uklęknął na jej skraju, modlił się, wodząc oczami po kwietnej, rozbrykanej swawolnie kolorami łące.

            
Zapisano w księgach

Tata Jerzaka  zajmował się ciesiółką. I przez to był znany w okolicy. Stawiał bowiem ze swymi wspólnikami, czyli dwoma Zdunkami, jeden był murarzem, drugi dekarzem, najmował też  dwóch antlagrów, czyli takich przynieś, podaj, przytrzymaj - budowali domy, stodoły, zwierzętom stajnie obory i chlewy, czasem tylko szałer. Każdy budynek przystrajał  tata Edziuch wyrzeźbionym w drewnie kogucikiem. Czasem więc nazywano go miłośnie Kogucikiem, chociaż te koguty wycinał, gdy podrósł, jego syn Leoch.
Wójt Przepiórka przywitał Edziucha sążnistym rechotem.
- No, majster, słyszałem, masz syna. Mówią, że nowego  Proroka twoja Weronka wydała na świat. Ponoć ma wielki spryt do rodzeniu bajtli, babka Chmielowa nie może się jej nachwalić za ów spryt. Ilu zamierzasz spłodzić Proroków? Trzeba więcej, nasza gmina się zaludni, bo w czasie wojen wytłukli nam chłopów od groma, a gadają o nowej wojnie, Niemcy nam nie odpuszczą, żeśmy ich nieco przegnali z naszych ziem. Ten ich Hitler robi groźne miny…. Będzie potrzeba  nowych żołnierzy, bo ci, co przeżyli, już się nie nadają do wojaczki. Taki nasz los – westchnął. - Jakie zapisać imię w księgach? Mówią, że chcesz, by nosił Jerzak. Ładnie, ale i kłopot - takiego imienia nie ma w urzędowym spisie. Musi być chrześcijańskie. Niedawno było Konstantego, ładne, nie uważasz?
- Chyba się dogadamy – rzekł cieśla. - Ma być Jerzak, tak uradziliśmy z moją.
- Ciężka sprawa, ale mam pomysł, zapiszę Jerzy Konstanty. Jerzego w Jerzaka łatwo przemienić. I wszyscy będą zadowoleni. Inaczej się nie da. I nie targujmy się. Możesz ogłosić, że zapisano Jerzak, ja potwierdzę. A że w księgach będzie inaczej, ludzie do nich nie zaglądają. Idą czasy, w których wszystko będą przeinaczać - imiona, a zwłaszcza nazwiska, panów pogonią. Tak, następna wojna narobi bałaganu… I wypijmy na ugodę ćwiarteczkę, która ci się wychyla zza pazuchy.
- Gdy zapiszesz Jerzy Konstanty, będzie od samego początku żył mój synek w kłamstwie. Może to dobrze, skoro, jak mówisz, nadchodzą czasy kłamców, oszustów i szalbierzy. I wojen. Słyszałem te przepowiednie. Zahartuje się mój synek od małego w nieprawości. Gdy dorośnie, łatwiej  oszustwa zniesie. W naszej rodzinie było kilku Jerzaków: mój ojciec, dziadek i pradziadek, same Jerzaki. Tylko ja taki odludek. Moja matka chciała mieć Edziucha i stało się po jej woli. Czas nadszedł, by powrócić do dawnego miana w naszym rodzie. No to na zgodę, pociągnij, wójcie, z gwinta.
Cieśla wyciągnął kwaterkę, jednym zgrabnym uderzeniem dłonią w dno wybił korek i podał butelkę urzędnikowi.
- Przypieczętujmy to oszustwo kwaterką – zarechotał Przepiórka i pociągnął spory łyk.

Jerzy Żelazny

 


Przeczytaj też u nas opublikowaną w odcinkach powieść J. Żelaznego Śmiech Chryzypa, felietony, a także recenzje jego książek: Duchy polanowskich wzgórz (2006), Ptaki Świętej Góry (2010), Za wcześnie do nieba (2010), 19 bułeczek (2011), Fatałaszki (2013), Tango we mgle (2014), Kichający słoń (2018), Trzynasta (2018)