Jacek Jaszczyk - WIERSZE

Kategoria: z dnia na dzień Opublikowano: piątek, 22, luty 2019 Drukuj E-mail

* * *

Jeśli dotykasz tego wiersza,
znaczy… żyję.
Serce bije, żyłami wciąż płyną dni.

Jeśli widzisz go pod powieką,
znaczy… oddycham…
każdym ruchem twojego istnienia,
twoimi oczami, które są mi potrzebne.

Jeśli trzymasz ten wiersz w zakamarkach nocy,
przy lampie zgaszonych gwiazd,
oznacza to, że stworzyłem jedną z nich.

I może dlatego czasem spokojnie zasypiam,
na szklistym rydwanie obłoków.


* * *

Myślę o narodzinach muzyki Aborygenów
i Karnawale weneckim
w którym Paganini na strunach skrzypiec
trafił do nieba

Przystaję nad krawędzią pierwszej myśli Giuseppe Verdiego
komponującego Bal Maskowy
i ostatnich oklasków w trzecim akcie
które przebiegały ze mną przez chłód piwnic
opery La Scala

Dotykam połamanych skrzypiec Johanna Straussa
i ostatnich nut walca Aeols-Töne op.88
dedykowanego Ojcu

Słysząc jak w sklepieniu Katedry Duomo
rdzewieje we mnie Święty Gwóźdź
i łzy św. Heleny opuszczane na obłoku
płynącym przez moją modlitwę

 


LIST Z EMIGRACJI (I)

I
Znowu śniły mi się wiersze.
Pukały do drzwi zakrywając twarz.
Może były twoim lękiem o moje jutro
a może głosem sumienia
zamkniętym w piwnicy.
Martwe są noce,
którymi zmartwychwstajesz we mnie
między przecinkami czekając na świt.

II
Urodziłem się w szczelinie wiersza
i jestem przezroczysty.
Wygrabiony z prochu sylab,
w korzeniach słowa wklęsły sękom,
nie ufam gałęziom,
którymi dwukropki w oczach kruków
zrywają się w drogę przedostatnią.

III
Oddycha we mnie morze
Ewangeliarzem z Lindisfarne.
Ostatnimi słowami
Świętego Patryka zamkniętymi w Liście do Coroticusa.
Chłodem zamkniętym w oknach Zamku Glenveagh,
pośród wierzchołków Skellig Michael,
mchami rozkładając w nas spóźnione wiersze.

IV
Dotykam przez szybę twojego głosu.
Może to przelot skrzydeł motyla w Straffan
a może łza wzruszonej ważki.
Na parapecie przysiadł kruk – samotności mojej szmer.
Skubiąc koraliki gwiazd,
spytał czy jestem oddechem Arystotelesa.

V
Snaefellsjokull, Carrauntoohil, Góra Zamkowa.
Wszystkie myśli prowadzą do ciebie.
Za chwilę wstanie twój świat.
Poprawi fryzurę w oknach, wyjdzie z psem.
Czajnik zaleje obietnicą.
A potem przy filiżance deszczu powie
– Śnił mi się twój pogrzeb.
Proszę wybacz, że się spóźniłam.

VI
William Butler Yeats przyszedł nad ranem.
Rozmawialiśmy o narodzinach sztuki w Sandymount
na przedmieściach Dublina i o cieniu góry Ben Bulben.
Usłyszałem, że w Krainie Sidhe,
wciąż przebywają bohaterowie z przeszłości.
Może pójdziemy przez pstrokate trawy
Zrywać, srebrne jabłka księżycowe
I złociste jabłka słońca.

VII
Jarzębina turla się na horyzoncie.
Powietrze przypomina spacer nad Wisłą.
Emigracja jest to rodzaj pogrzebu,
po którym życie trwa dalej.

 


LIST Z EMIGRACJI (II)

I
Pociemniało nad górami Wicklow.

W telewizji ktoś ręką sztucznej inteligencji
mierzy człowieczeństwo,
wyznaczone wzorem matematycznym.

Blue Monday
odkleił się od gęstych strug wiatru.

Przypominam sobie o śnie,
w którym na końcu świata zasłaniam
czyjeś oczy Zorzą Polarną.

Na parapecie przysiadło kilka chmur.
W jednej z nich kryje się mój lęk.

II
Piszesz o głosie w radiu,
palcach sięgających kosmosu
i kilku wulgarnych wierszach bezimiennych poetów.

Ze stołu woła Kundera.
Krzyczy o ludziach wsród których bywamy obcy.

Antoine de Saint-Exupéry uznał,
że żyjemy tak jak śnimy – samotnie.

Odczuwam twoją nieobecność
wszystkimi odmianami zimy.
Niewiele więcej we mnie stycznia.


III
Santa María del Mar.
Głosy dzwonów.
Ciutadella, El Born,
Gotyk.

Na straganach Mercat de la Boqueria
w muszlach ostryg goją się blizny
przywiezione porannym transportem.

Portrety słońca.
Plac w kształcie koła.
Fontanna.

W brudnej wodzie Flota Barcelońska wycięta z gazet.
Krzysztof Kolumb patrzy w oczy okrętom.
Od południa naciera fiesta.

 


LIST Z EMIGRACJI (V)

I
Huragan Erik wciska się w szczeliny okien.
Słychać go w każdej klepce podłogi,
sęku i każdej fudze na ścianie.

Choć dzielą nas stalowe balustrady, pozwijane
rolki odklejonych tapet i sterta gazet,
słyszę jak balkon z widokiem na Finglas,
kilometry ciemności między Galway, Mayo i Donegal,
krzyczą w moich myślach.

Zanim pożegnam nienapisane poematy
- pod palcem ukryję karłowaty księżyc
śniący o pustej przestrzeni nieba.


II
Czytam wiersze patrzące z kwadratowych książek.
Drzewo oliwne zapuszcza we mnie korzenie.

Zbigniew Jasina mówi szeptem:
Niewiele otrzymaliśmy na drogę
ponad pomyślną wróżbę
i dobry wiatr.

Ulisses podskakuje w rytm irlandzkiej pieśni Mo Ghille Mear.
Gdy budzik wstanie z pierwszymi kałużami,
Martello Tower przeliczy kroki Stefana Dedalusa.

Dzień zapali się w oczach mewy.


III
Wysyłam do ciebie list.
Może usłyszysz go którejś jesieni
a może któregoś lata rozsypie się szklanym wierszem.

Może będziesz wtedy złotooką Penelopą
a ja skrawkiem opowieści człowieka urodzonego w Odysei Homera.

Wyprószeni na kurz i pył, odrodzimy się
nad krawędzią Wezuwiusza
lub wzdłuż rzek i otwartych ramion nadwiślańskich błoni.

 


AB INITIO

Pada światło na skronie
na słowa ślady zimy książki
Na twarze – obraz
i rzeczowniki leżące na wargach
Tłoczy się w pióropuszach
zalega w deszczu
ciszą przyłożoną do skóry
w tomikach wierszy kryptach epitafiach
poskładane z powietrza niesłyszące

Światło – leży cierpliwie
w bibułach maszynopisach Słowo
W szczelinach odwróconych myśli Kebesa
odkształcone w alegorii słońca i żywiołów
W źrenicach judaszy futrynach
zapadkach za którymi na oścież
zagryziony szczerzy litery
wiersz rozsypany w przeciągu

 


MODLITWA DO LATA

dotykam twoje lato, gągoły
szybujące w tataraku,
zagięte dzioby łódek,
śpiące na jeziorze Rudnik.

wieże ratownicze, wodorosty,
jaskrawe płótna żagli. tunele
żyjące w złogach żwiru,
falochrony wyciosane z buków.

dotykam lustrzane promenady,
na których skrzy się bąbel słońca,
wiatr w koronie lipca, syk
pełzających łusek lasu.

jeże i leszczyny, pióra kobuz,
dziuple wypatrujące cienia.
pierścionek z okiem cyklamenu
z wiatru zdjęty zmierzchem.

błogosławię twoje lato, tracze
zanurzone w hiperbole, przepływam
grzechy, które wyszły z brzegów
– były moje, czasem twoje.

 


* * *

Chciałbym, abyś którejś listopadowej nocy,
mogła usłyszeć mój sen.
Abym w zimnej mgle spowiadając się z gwiazd
twoich oczu, mógł raz jeszcze powiedzieć:

o milczących dłoniach zrywających gruszki lata,
tak aby z płótna łąk, rozsypywały się
wojny i zagazowane zimy.
Aby rozstrzelane jesienie ożywiły ręce
bujające w płucach Dublina.
Abyś mogła usłyszeć, ile w irlandzkim deszczu
żyje atomów nie wiary i cząstek wiary
porzuconej u podnóża góry Ben Bulben.

O ogniu pod bronią dwudziestu tysięcy poetów
i zaciśniętej pięści umierających za wiersze.
Chciałbym, abyś tej listopadowej nocy,
mogła wyśnić moich narodzin metaforę,
oddychającą z ramion słowa
po ostatnie przęsło snu.

Jacek Jaszczyk

 

 

Jacek Jaszczyk – ur. 1972 w Grudziądzu, mieszka w Dublinie. Dziennikarz, radiowiec. Twórca i autor pierwszego polskiego programu radiowego w Irlandii, realizowanego na antenach Radia Sunrise oraz Dublin City FM. Współtwórca, współzałożyciel i redaktor naczelny polskiego radia dla Polonii w Irlandii, m.in. PLK FM i Radia PL. Publikował m.in. w Gazecie Pomorskiej, Ilustrowanym Kurierze Polskim, Dzienniku Pojezierza, Grudziądzkich Arkuszach Literackich, Przeglądzie Artystyczno-Literackim oraz Kwartalniku Literackim „Migotania”. W 2018 r. ukazał się jego debiutancki tomik wierszy Tańczą w nas życia geniusze.