Bogdan Jaremin „Pracownia czasu”, Towarzystwo Przyjaciół Sopotu, Sopot 2015, str.108

Kategoria: port literacki Utworzono: piątek, 29, maj 2015 Opublikowano: piątek, 29, maj 2015 Drukuj E-mail


Jolanta Szwarc

CO WE MNIE WSTĄPIŁO?

Od dłuższego czasu wciąż i wciąż obcuję z wierszami Bogdana Jaremina zamieszczonymi w Pracowni czasu. Na zakład ten składają się dwa przewiewne pomieszczenia. Pierwsze to rozdział „Dziecko niesione wiatrem” – tytuł przewiany od Andrzeja Turczyńskiego z recenzji wcześniejszego tomiku autora – Tam i tu. W drugim wieje silniej i „Wiatr budzi umarłych”. W zakładzie uwija się „pracownik czasu” – Bogdan Jaremin. Cofa wskazówki, nakręca sprężyny, skrzętnie zapisuje powtarzający się rytm tykaczy, natrętne dzwonki budzików i chrapliwy głos kukułki wyskakującej co godzinę ze starego gdańskiego zegara jak diabeł z pudełka ze swoim ku-ku.

Kolejne niewinne, białe kartki pokrywać będą wyrazy używane w języku, w którym sporo znaków diakrytycznych. To nic, że mało znany. Choć wschodni, to alfabetem na zachód ciągnie, żeby tylko silne związki tworzyć. Pióra z kartką. Czarno na białym. Wyrazy niech trzymają się za ręce i nie podskakują autorowi, bo te same palce, którym pozornie posłuszne jest pióro, rozerwą kartki na strzępy i poślą do utylizacji. Pozostaną tylko te, na których urodził się zdrowy wiersz.

Skąd on się wziął? Z odgłosów bliższej i dalszej pamięci, z nie zawsze chcianych podróży znad rzek, które zawsze płyną w kierunku większego akwenu. Szemrzą, kuszą wielką rybą, w nich odbija się niebo i białe chmury łopoczą, jak te, które kusiły pięcioletniego chłopca. Wtedy po raz pierwszy rzeka wzięła mnie / w posiadanie i przekazała całą odwagę. / Życie błysnęło złotą łuską. Tak wspomina dojrzały mężczyzna w Gdyni – porcie, do którego w końcu dotarł z bagażem doświadczeń i wspomnień. Jakże ciekawe były barwne, geometryczne wzory w kalejdoskopie. Zawsze kolorowe szkiełka układały się inaczej... Nic na zawsze. To jedna z pierwszych lekcji życia. Przydała się. Nie ma tu żadnych powtórek Na nic próby odzyskania.

Jest 1948. Już po wojnie. W Górowie Iławeckim sześciolatek bawi się w indiańskiego tropiciela. Zamiast bizona znajduje rozbity czołg i inne ślady niespokojnego czasu. To uczy, przemawia milczeniem. Do dziecka wszystko przemawia. Spersonifikowana „Gąsienniczka”, „Dżdżownica”. Słyszy jak „Wesz zeznaje o Kresach”. Jeszcze wiele nie rozumie, ale jak podrośnie, przypomni sobie i poukłada, a wesz mówi prawdę jak pod przysięgą.

Z jej punktu widzenia świat należy do pogardzanych podgatunków. Ricketts i Weigl wiedzieli o nas. / Wszystko. O gorączce okopowej, o szczepionkach. Weigl jak mógł, tak ludzi chronił. W szczególności karmicieli, ale i tych w gettach. Wszy zawsze były górą. Nie pomagały iskania i gazowanie – to rozwiązanie ostateczne. W ciągu dziewięciu, dwunastu dni dorastały nowe i piły krew, i składały jaja, około trzystu w ciągu trzydziestodniowego życia. Korzystały ze sprzyjających warunków i powiększały swoje oddziały, atakując sprawiedliwie, bo każda krew była pożywna i smaczna. Wędrujemy za każdymi Kresami, jesteśmy / na wszystkich kresach sumienia, w mierzwie / duszy, strzępkach ubrań i szwach mowy. /…/ Możecie nas skazać, przetrwamy. Przygotujcie się. Takie buńczuczne słowa niepozornej wszy powinny u naczelnych wywołać jakąś refleksję, ale czy wywołały? Jeśli rozejrzymy się po świecie, z łatwością dostrzeżemy, że nie.

Jakie to proste, że dziecko podrasta, obserwuje czas i ruch. Z Elbinga robi się Elbląg. Wymieniają się ludzie, jednych wywożą, drugich przywożą. Stary niemiecki krawiec został. Żona zgwałcona, zmarła. Przeszłość jest znoszona, wszystko trzeba przenicować jak ubranie polskiego chłopca. Rozprute ocalić. Ludzie i rzeczy przemawiają milcząco, analizują, szukają w myślach, żeby „odpowiednie dać rzeczy słowo.” A tu nic, tylko chaos.

Literatura, historia nie dają zadowalającej odpowiedzi, życie dosypuje nowe litery / metry słów, które trudno zrozumieć i zaakceptować. Może sen i poezja potrafią przygotować do dobrego przeżywania życia, nim Hypnos zamieni się przy łóżku ze swoim bratem. Może obserwując przyrodę, uda się nie dopuścić, by zawładnęła nami klatka. Może warto myśleć jak himalaista, że góry są po to, by się na nie wspinać. Poeta zapisze: Wystarczy mi własne / metr osiemdziesiąt słabości. / Góra pozostanie sobą / ale moja słabość będzie ponad. Rzeczywiście, jeśli zdoła wejść, przerośnie górę o ten metr osiemdziesiąt i stanie bliżej B. Tak sobie myślę, że tam musi okropnie wiać, nie wiem.

Nic nie wiem. Utrudzony będzie, ale nie miał żadnej obietnicy wygodnego życia, a gra w kości była o wszystko. Podmiot liryczny w wierszu „Operacyjne kontakty z B.” też Go nie widział. Wielki? XXL? Nie poznaliśmy się osobiście. / Tak jest bezpieczniej. Może dlatego mu ufam. / Daje żyć. Po ludzku. Tylko czasem nalega / bym napisał wiersz o samotnym matematyku. / I Liczbie.

Bohater wierszy już od dawna nie pije tranu. Teraz myśli jak ogarnąć sprawy ziemskie i nieziemskie. Konstruuje „Techniczny projekt wiersza religijnego”. Jaki ma być? Jak gotycka katedra, czy romańskie biforia, czy przypominać przydrożną, a może cmentarną figurkę Frasobliwego wydłubaną w drewnie, a może nowocześnie z przewodów i czujników, lub oszczędniej, tylko dwie kreski / zwarte z sobą w sprzeciwie i miłości? Coś trzeba wymyślić. Emanuelu, podaj mi ołówek do pierwszego szkicu / nim się ściemni moja wiara przechodnia. Trudno zatrzymać puchar zwycięzcy na stałe. Brak ćwiczeń osłabia, ktoś inny przejmie, jednak nie jest powiedziane, że trofeum nie wróci.

Co ten Bóg ma z ludźmi. Nie wyobrażamy sobie, jak rozpoznaje swoich. Pojedynczo? Zbiorowo? Jak leci? W granicach, czy poza granicami też? Będzie segregował ciała. Murem oddzieli przyjaciół od wrogów, by swarem nie zakłócali ciszy? Są tacy, którzy już wiedzą. Mama uśmiecha się z kolumbarium na Rakowickim / w Krakowie. Co proch, to proch, synu…

A ten syn ciągle w "pracowni czasu" i zastanawia się, czy można postawić hipotezę o wszechmocy macierzystych komórek słów i zapanować nad życiem i śmiercią. Zaraz jednak pojawia się refleksja. Alchemiku poezji, wytapiasz piękne oszustwo. / W ciemnych pracowniach mowy / błyska tombak prawdy i dymią retorty pozorów. / Dotykasz DNA, bronią się wieże helix. Dobrze się trzymasz, stary – tykają zegary. Dobrze je wychowałem. / Reguła – żadnych aluzji do czasu. Nagle przypomina sobie, że miał ułożyć wiersz o samotnym matematyku. I Liczbie. Ten człowiek z liczbami nie musi być taki zupełnie obcy, mógłby wziąć na bohatera jakiegoś gościa odwiedzającego pracownię, stale tam się ktoś kręci. Przyjmuje kamienie, morze, światło. Ale po co? Wystarczy wziąć alter ego. Niech sprawdzi swoją sprawność umysłową. Poezja i matematyka, to nieustanne dochodzenie, branie się za rzeczy z wyższej półki. Dziękuje jej (znaczy matematyce) za dodawanie / i mnożenie. Nie przestaję szukać Nieskończonego. / Chwytam trop Nierozerwalnego, to wystarczy. Tak myśli – bez aluzji do czasu, bo tego nie lubi. A jak nie znajdzie, to co powie? „Proszę! Zostaw mnie na drugie życie?”

Na razie ukrył się w pracowni. Tutaj wiatr nie nosi go po świecie. Mieszka z językiem na pograniczu jawy i snu. Czasami zapyta czytelnika i uprzedzi jego odpowiedź. Zwiodło cię Słowo? Zwątpisz. Zaprzesz się go / po trzykroć. Ale znów uwierzysz i przeżyjesz. / Jesteś z długowiecznej rodziny ludzi księgi. Przemawia do mnie jak z katedry albo z ambony – Kto ucieka od słowa, potknie się o milczenie. Ciekawe, co usłyszę o nim samym, bo „Autor udziela wypowiedzi o sobie (niechętnie)”. Pochodzenie niejasne. Litwa, Rosja, Ukraina, Polska? Co przypłynęło, co zostało. Jakaś ciemność we wnętrzu. Mieszany budulec, element niespójny. / Taki nie może jak Atlas (przebacz firmo!) podtrzymać / sklepienie świata. Ani być wylewką fundamentu narodu. / Kundel. Jeśli go Państwo słucha? – słuchają? / - mógł nieopatrznie zostać bezpaństwowcem / z paszportem własnego języka. /…/ Mówi: Dziękuję ci Polsko, że stworzyłaś dla mnie / osobne terytorium, poezję. Tam schronił głowę. Tam sobie panem. Tam smakuje wolności.

Pogwizdywanie wiatru w pracowni budzi tych, którzy odeszli od rzeczywistości, jednak rzeczywistość nadal ich potrzebuje, pamięta. Jesteśmy spadkobiercami depozytu, który, gdy przyjdzie czas, przekażemy następnym. Nawet nie będą wiedzieli, do kogo należy i co tak naprawdę zawiera. Tajemniczy jak wiersz, który naśladuje życie, ale wywiad z nim nieautoryzowany. / Wypiera się, że tak jakoś samo wyszło, spontanicznie. Bóg zrobił to, co proste – stworzył świat. Trudne zostawił ludziom. Każdy osobnik robi swoje. Dusza poety chciałaby dosięgnąć nieba, No, choćby zarejestrować to, co jest. Tylko język…

Ten ciągle jak młode wino. Może wiersz po latach dojrzeje. I co mają zrobić krytycy? Jakiś „Rzeźnik o powołaniu” będzie im mówił. Rozebranie zwierzęcej tuszy… Dobrze już, dobrze, znajomość anatomii jest nauką konkretną, można ją porównać z rozbiorem gramatycznym zdania, ale już z rozbiorem logicznym będzie gorzej. Wątroba, to wątroba, a rzeczownik może być podmiotem, ale nie musi. W zależności od treści zdania może w funkcji podmiotu wystąpić liczebnik, przymiotnik, zaimek, może go w ogóle nie być. To mogę sobie wyobrazić, ale nie wyobrażam sobie świni bez szynki, albo zamiany ryjka z wątrobą. W anatomii wszystko powinno być na swoim miejscu, a w zdaniu nie musi. Proszę mnie nie łapać za słowo, że jak nie musi, to może być groch z kapustą.

Zaplątałam się, groch z kapustą jest smaczny, ale nie w wierszu. Zgadzam się z rzeźnikiem, lubię serca, ale wolę aksamit jelit. Już nie dajemy się oszukać, że serce to siedlisko uczuć. Serce to coś podobnego do pompy. Potrzebne. Ale jelita – o nie trzeba wyjątkowo zadbać, dostarczać pożywienia, by miały się czym zająć. Oczywiście, to co wprowadzamy zależy od smaku. Są wrażliwe, nawet raka potrafią przygarnąć. Serce bierze, jak musi z przerzutki, natomiast własne rzadko hoduje.

Krytyk nie może wyciąć całego języka jak rzeźnik. Wspaniały mięsień. Gdy ściągnąć do żywego mięsa wierzchnią powłokę, obrobić termicznie i do tego sosik chrzanowy, i buraczki… Niepotrzebnie narobiłam sobie smaku. Takich kombinacji z językiem wiersza sobie nie wyobrażam. To jest nieludzkie, takie powolne go zarzynanie. Dlatego wszystko z umiarem. Takie rozbiórki nie są wskazane dla ludzi, którzy myślą, że schab w sklepie nie ma nic wspólnego z sympatyczną świnką.

Znowu coś wymyka mi się spod kontroli, miesza dobre ze złem, piękne z brzydkim, smaczne z niedobrym. Chyba skorzystam z zalecenia Baudelaire’a – „bądźcie pijani” – i szczęśliwi / że tyle pytań w obłokach / i żadnych na wietrze odpowiedzi. // Co jeszcze chcielibyście wiedzieć / zanurzeni w boskim Życiu / o Raju i Piekle, które nosicie w sobie? Czy ktoś wie, jak szukać szczęścia, gdy sięgnie się po wieniec laurowy mając zaledwie siedemnaście lat; które morze ukołysze bezużyteczną starość?

Wiatr wywiał w 1944 roku imiona Sebaldowi. Kiedy ustał, było już za późno, by je podnieść i oczyścić. Zbyt późno, żeby odmówić przyjęcia spadku. Czasami jest tak obciążony długiem, że raty trzeba płacić całe życie.

A może lepiej się nie przejmować. Cieszyć wiosną i być przygotowanym do zimy. Każdy z nas przeżywa cztery pory – najpiękniejsze te Vivaldiego. Co tam. Każdy ma swoje piękno, swój rodzaj muzyki i swój styl. Na przykład taki „Szymon ksywka Słupnik”. Nie zbudował sobie słupa ani platformy. Współczesny Słupnik stylizuje się. Singiel, któremu sięgać po bogactwo trudno, bo trzeba by się napracować, sięgnął po taras na dziesiątym piętrze. Widok dobry. Winda zastrzeżona. Nikt nie pilnuje, czy siedzi na tarasie, czy się wymknął. Chwyt na popularność dobry, jednak co będzie, jak się sprawa sypnie. Zapewne wymyśli coś nowego. Na razie drażni Najwyższego. Czy wyczerpie jego cierpliwość? Chyba nie, myślę, że On będzie spokojnie śledził filmiki ludzkich poczynań w dostępnym dla nich czasie. Czy ostatecznie Spoon River nie mieści się pod każdą długością i szerokością naszego Świata i wszędzie burmistrz Masters będzie zwoływał posiedzenie Rady w sprawie epitafium. Poczekajmy, może wreszcie umarli uzgodnią jakieś jedno rozsądne. Niech głosują. Wspominajmy, co dobre. Z całą życzliwością prześlijmy / sobie roślinne uściski, złączmy korzenie, słowa, uznajmy / wspólnotę rylca i kamieni. Czyż nie jesteśmy nimi?

Muszę przyznać, że różnię się od fachowego rzeźnika. Pocięłam, porąbałam, pokaleczyłam wszystkie wiersze Bogdana Jaremina. Nie umiem sortować, ustawić ich na baczność, szukać tych bez wartości, żeby powiedzieć – te jakie niesmaczne, a te, o te są dobre.

Jeśli udało mi się zrobić trochę zamieszania wokół tego tomiku i zachęcić do przeczytania, będę bardzo zadowolona. Poezja w nim zawarta, to sama poezja. Czuje się lekkość pióra, nutkę uśmiechu z przymrużonym okiem, rzeczywistość sprzężoną z metafizyką. W każdym utworze jest przynęta, żeby zatrzymać się i pomyśleć, co ma do powiedzenia morze, kamień, bezdomny, czy skarżący się anioł z jabłonki – przecież nie wzlecę z jabłonką na plecach /…/ Tobie lepiej. Ty nie uschniesz / gwoździem do pnia przybity. / Porządnie umrzesz, po ludzku.

Zachwycające, podkreślające sens metafory, personifikacje, porównania. Kto chce więcej, niech zaopatrzy się w tomik i czyta. Czy od razu wszystko? Pewnie nie, ale będzie z chęcią wracał, by szukać przegapionych sensów i rozkoszować się pięknymi frazami.

To coś we mnie wstąpiło.

Bogdan Jaremin „Pracownia czasu”, Towarzystwo Przyjaciół Sopotu, Sopot 2015, str.108

Jolanta Szwarc

 

 

Przeczytaj też recenzję zbioru poetyckiego B. Jaremina Treny lipca (2013) w tym dziale niżej