Anna Sobecka “Kalejdoskop. Spotkania z mniejszościami narodowymi”, Wydawnictwo OSKAR, Gdańsk 2014, str. 304

Kategoria: port literacki Utworzono: środa, 31, grudzień 2014 Opublikowano: środa, 31, grudzień 2014 Drukuj E-mail


Leszek Żuliński

DZIENNIKARKA W ARCE NOEGO

Anna Sobecka sporą część życia zawodowego przepracowała w zielonogórskim radiu. Potem wraz z mężem, Andrzejem K. Waśkiewiczem, przeniosła się do Gdańska, gdzie zawodowo nadal spędzała kolejne lata przed mikrofonem. Zajmowała się głównie wydarzeniami kulturalnymi. Emitowała również w II programie radia wywiady z ciekawymi osobami, których korzenie wywodziły się m.in. z Rosji, Białorusi, Litwy, Ukrainy… Tamte rejony, a zwłaszcza migracyjna historia ich mieszkańców szczególnie ją interesowały. A cykl audycji nazywał się "Kalejdoskop".

Taki też tytuł nosi książka, którą Sobecka teraz wydała. Jej podtytuł: Spotkania z mniejszościami narodowymi. Dziennikarka spotykała interesujących ją ludzi o niepolskich korzeniach głównie w okolicach Gdańska. Wojenna i powojenna zawierucha jednym nie ułatwiła wyjazdu za nowe granice, innych tu przygnała. Tak więc rozmówcami autorki byli m.in. Cyganie, Karaimi, Ormianie, Romowie, Tatarzy, Żydzi… No i Niemcy. Ci wszyscy, którzy pozostali lub zadomowili się w Trójmieście i na Pomorzu. Łatwo sobie wyobrazić, że taki tygiel kulturowy to dla dziennikarza raj, a dla nas spora porcja wiedzy. Na plecach okładki pojawia się mądre zdanie: Opowiedziane historie są ciekawym przykładem, jak „historię wielką” tworzą „historie małe” jednostek.

Wziąłem się do czytania z zapałem, bom ja wychował się na Śląsku Opolskim w rodzinie lwowskiej i wszystko co „migracyjne” mnie interesuje.

Te małe historie jednostek układają się w historię czasu, jaki na wielu terenach raz po raz burzył porządek ludzkiego życia, powodował migracje oraz nieustanne budowanie nieustannie burzonych fundamentów egzystencji i tożsamości. Choć ta ostatnia broniła się najlepiej, oczywiście wysokim kosztem: dramatem rodzin oraz całych grup etnicznych. Grup pozbawionych własnej, autonomicznej ziemi. Grup i jednostek żyjących w asymilacji z kulturą polską. Sobecka wszakże pokazuje te losy poprze historię jednostek, a nie grup. Na jej radiowy cykl złożyło się ponad trzysta pięćdziesiąt rozmów, a więc proszę sobie wyobrazić, jaka w tej mozaice kryje się „liczność” zdarzeń i doświadczeń. I jak poprzez ten mikroskopijny wycinek książkowy można ułożyć sobie panoramę historii, o jakiej tu mowa. I jakie karkołomne historie losów ludzkich można w tej książce odnaleźć.

Do niej autorka wybrała zaledwie siedemnaście rozmów. Obszernych, wnikliwych, szczegółowych, skoro zajmują one ponad trzysta stron książki. Wystarczy, aby przemówiło to wszystko, o czym wspomniałem powyżej. I co, niestety, odchodzi w zapomnienie. Ja na swojej Opolszczyźnie wychowałem się w kamienicy, gdzie mieszkali rdzenni Ślązacy, zabużańscy repatrianci i ludzie, którzy trafili tu wskutek migracji powojennej z różnych stron Polski. A obok naszej kamienicy stał dom Frau Lotty – Niemki, która nie zdecydowała się na wyjazd do Reichu i do końca życia nie nauczyła się mówić po polsku. Moje dzieci, urodzone w Warszawie, już nigdy takiego „folkloru” nie poznały. Świat się zmienia, ale tamte czasy co najmniej do końca lat pięćdziesiątych były dagerotypem wywołanym przez przemarsze wojsk i zmiany granic.

Podejrzewam, że spora grupa rozmówców Sobeckiej już nie żyje. Dlatego ich opowieści o swoim losie są dokumentem bezcennym. Miała autorka szczęście do ludzi (lub ich potomków) świadomych tego, co się wydarzyło w ich życiu i takich, z których biografii można by ułożyć osobne fabuły.

Są to historie rodzinne. Ale jakie! Niestety, bez wojen, wspomnianego wyżej przemarszu wojsk i granic, zbiegów okoliczności i łutu szczęścia człowiek by sam sobie tego nie wymyślił. Gdzieś mi stale podczas lektury plątał się biblijny potop, tyle, że na arce Noego zmieściła się tylko garstka szczęśliwców. W XX wieku poniekąd to się powtórzyło. Gdyby nie było opowiedziane i zapisane, my, obywatele w miarę spokojnej ziemi (czego nie doceniamy) nie uwierzylibyśmy w labirynt ludzkich losów.

Chciałem najpierw którąś z tych opowieści w skrócie tutaj streścić. Ale rezygnuję z tego zamiaru. W większości przypadków wielość zdarzeń, karkołomność meandrów, pojemność incydentów, jakie może pomieścić jedno ludzkie życie są nie do opowiedzenia na przełaj. Historią tych losów rządził chyba pijany właściciel karuzeli. Nasza dzisiejsza recepcja tamtego, niedawnego czasu w zasadzie nie umie już tego ogarnąć. Za niezwykle słuszną decyzję uważam to, że Anna Sobecka nie szła w swoich rozmowach w uogólnienia, lecz w szczegóły prywatne swoich bohaterów. Historiozofia mniej by tu zdziałała niż behawior.

No i ta mozaika etniczna… Na przykład Pani Eugenia Firkowicz jest Karaimką. W rozmowie przeprowadzonej w roku 2008 mówi, że prawdopodobnie w Polsce żyje stu dwadziestu Karaimów, z czego w Trójmieście dwadzieścia dziewięć. Mamy więc do czynienia z książką, która opowiada fakty reliktowe. Na wystawę pn. „Karaimskie drogi” do Wrocławia przyjechali jej ziomkowie z Paryża. Przy takich okazjach Pani Eugenia piecze kibiny, czyli coś w rodzaju pierogów faszerowanych różnościami – kultowe karaimskie danie…

Bezcenna książka. Przepełniona historią i setkami drobiazgów z niedzisiejszego czasu. Dokument detali i drobiazgów, które wirują w bębnie historii. Historii, która niech będzie przeklęta!

Anna Sobecka “Kalejdoskop. Spotkania z mniejszościami narodowymi”, Wydawnictwo OSKAR, Gdańsk 2014, str. 304

Leszek Żuliński