Agnieszka Tomczyszyn-Harasymowicz „Wiersze na kartki”, Zaułek Wydawniczy POMYŁKA, Szczecin 2014, str. 100

Kategoria: port literacki Utworzono: czwartek, 08, maj 2014 Opublikowano: czwartek, 08, maj 2014 Drukuj E-mail


Jolanta Szwarc

LATA SIEDEMDZIESIĄTE I OSIEMDZIESIĄTE ZE SZCZYPTĄ DZIEWIĘĆDZIESIĄTYCH


Tomik poetycki Agnieszki Tomczyszyn-Harasymowicz Wiersze na kartki poprzedza słowo wstępne Marka Wawrzkiewicza, a skrzydełka okładki wznoszą się krótkimi wypowiedziami Karola Samsela i Leszka Żulińskiego.
Marek Wawrzkiewicz pisze, że teksty zawarte w tomiku „obejmują dwadzieścia lat życia. Mam pretensję: Kiedy urodziła się poezja? Wiadomości o tym nie ma w żadnym wierszu.” Ja nie mam pretensji, bo poród pierwszego wiersza mógł wydarzyć się w następnym dwudziestoleciu i jeśli autorka pociągnie dalej kalendarium, z pewnością zaspokoi naszą ciekawość.

Czytam dalej: „Coś, co może umknąć uwadze czytelnika: wiersze o latach siedemdziesiątych mają siedem wersetów, osiemdziesiątych – osiem, dziewięćdziesiątych – dziewięć. Niby drobiazg, ale drobiazg znaczący.” Rozumiem, że chodzi o wersy, linijki wiersza – rzeczywiście, tyle ich jest. One jednak jeszcze rozpadają się na dwie strofy: siódemki 3 + 4, ósemki 4 + 4, dziewiątki 5 + 4. W dziale poświeconym znaczkom siódemki maja układ 4 + 3, ósemki pozostają w układzie 4 + 4. Zwróciłam na ten „drobiazg” konstrukcyjny uwagę, ale doprawdy nie domyślam się znaczenia. Szkoda, że autor wstępu mnie bardziej nie oświecił.

Całkowicie zgadzam się z M. Wawrzkiewiczem, że „bardzo wiele polskich znaczków pocztowych było prawdziwymi dziełami sztuki. /…/ Dzieła sztuki nader często bywały źródłem inspiracji dla poetów, nikt jednak nie wpadł na pomysł, że zwykły, choćby najpiękniejszy znaczek pocztowy może wywołać, może powodować powstanie wiersza.” Nikt – to bardzo zdradliwe słowo, gdyż okazuje się, że oprócz Agnieszki Tomczyszyn znaczek zainspirował Mariana Makułę. Wiersz rozpoczyna apostrofą – „Znaczku Ty mój mały, klejony na liście / Tak bliski Ty jesteś mnie – filateliście”, by po wyliczeniu licznych zalet tego przedmiotu zakończyć – „Boś jest doskonały i bliski idei / gdy się jak kochanka do języka kleisz.”

Urokowi znaczka uległ również Piotr Grobliński, którego utwór pozwolę sobie przytoczyć w całości. „W świecie tramwajów / pociągi są aniołami // tory nad torami / wiadukt o zmierzchu / po nasypie toczy się przesłanie / listy w wagonie pocztowym / na każdym znaczek przebity stemplem / wśród nich seria z historią transportu // w świecie znaczków / zbawieni po śmierci idą do klasera.”  Jedne zdobywają zbawienie w klaserze, inny znalazł ocalenie, wpadając przez przypadek do wiersza znanego i uznanego Juliana Tuwima – „I Łódź… i ta ulica z numerem, / I pamiętam wszystko: / Że znaczek był z Belwederem, / A jak wrzucałem list do skrzynki, / To przechodził tatuś Halinki”. Utrwalił się dzięki Grzesiowi kłamczuchowi.

Łapię się na tym, że zaczynam wspominać zapamiętane dzieciństwo. Sprawy dzieciństwa porusza również autorka i zaczyna od przyjścia na świat. W „roku 1971” pisze – Rodzi się Siekierezada i ja się rodzę. Dwa ważne porody. Na świecie pojawia się książka Steda jako produkt dojrzały, zajmując znaczące miejsce w literaturze i maleńka dziewczynka, która stosunkowo długo musi dojrzewać w rodzinie komendanta MO w małym miasteczku. Noworodek, niemowlak nie ma świadomości, co się z nim i wokół niego dzieje. Dopiero co zmysłami zaczyna poznawać najbliższe otoczenie, a wiedzę o świecie zdobywa znacznie później, dlatego autorka czerpie informacje z dostępnych powszechnie źródeł. Przywołane wydarzenia towarzyszące urodzeniu dziewczynki podane są językiem bezdusznych, banalnych komunikatów: Parę dni później pada pytanie: / „Pomożecie?”, w Gdańsku rodzą się pięcioraczki; / gdy uczymy się siedzieć, buzie wylizuje nam pies Cywil i jedziemy // na „Wakacje z duchami”; kiedy zaczynamy chodzić, radziecka sonda / Mars 3 miękko ląduje na Marsie. My lądujemy twardo w spacerowych / wózkach z tektury /…/ nie mam alergii na tetrowe pieluchy ani na żłobek.

No tak, Gierek tak zapytał, seriale były, sondę wystrzelono, ale co takiego przez to zestawienie faktów chciała mi powiedzieć autorka, czego do tej pory nie wiedziałam. Zaraz, zaraz, mam punkt zaczepienia. Wiedziałam, że dzieci uczą się siadać, a tu mamy uczymy się siedzieć. Co, „siedź w kącie, znajdą cię”, czy „nie krytykuj nie podskakuj, siedź na dupie i przytakuj”, a może jest to nauka przygotowująca do siedzenia za kratkami. To raczej niemożliwe. Gdańsk zrobił swoje. Gierek sprawi, że będzie się działo lepiej. Sonda miękko ląduje na Marsie, a dla kontrastu my twardo w byle jakich tekturowych wózkach. Wózkach z lichego materiału mogącego się rozpaść, namoknąć, nie wróży to nam nic dobrego.

Autorka zamieszcza obok wiersza fotografię z archiwum rodzinnego. Dzień wybrali słoneczny. Okolica zatrzymana w kadrze. Na pierwszym planie mama czule patrzy na dziecko w typowym dla tamtych czasów głębokim wózku. Nie rozpoznaję, czy rodzimej produkcji, czy importowany z Węgier, a może z NRD. Tło z lewej to słup, zza którego widać stary rozpadający się płot. Patrząc w prawo, dostrzegam w głębi ledwo zarysowany dom, przed nim kapliczka patrząca na tych, którzy stoją na gruzowatej chyba drodze. Widać wyraźny cień ojca ustawionego plecami do słońca. Aparat uniesiony. Zdjęcie. Nie myślał wtedy, że dzięki jasnemu słońcu zostanie uwieczniony z rodziną. Jeszcze zaledwie parę lat będzie obserwował rozwój swoich dzieci. Nie przyszło mu też przez myśl, że córka urodzona z Siekierezadą zajmie się jak Stachura „życiopisaniem”, że wykorzysta momenty ze swojego życia w Wierszach na kartki.

Mamy z bratem beztroskie dzieciństwo powie poetka w wierszu „rok 1975, kwiecień”. Nadal tato jest milicjantem, możemy wyjeżdżać do Niemiec na zakupy. Jeśli dobrze pamiętam, każdy mógł, nie tylko milicjanci. Jedni przekraczali granicę, żeby zahandlować i poprawić swój byt, a grupy wówczas uprzywilejowane po artykuły luksusowe – dostaję śliczne sukienki, małe lalki i wózek w kolorze nadziei. Ni stąd ni z owąd pojawia się Trasa Łazienkowska, małe iskierki na przyszłość. Nieważne, mała czy małe, wrzućmy to w worek pod nazwą „licentia poetica”. Z przedszkola wracamy przez całe miasto dużym fiatem. / Tylko samochód zostaje, gdy umiera tato; na cmentarzu sadzą / żywopłot, który będzie ze mną dorastał. Strzyżony, odgradzający, jeszcze słabo zakorzeniony, bo ludzie wchodzą i wychodzą, zostawiają rady i słodycze, /…/ wywożą nas na wieś. Potem jedziemy z mamą na wczasy, w pociągu siedzimy / na kolanach obcym ludziom; piasek gryzie w stopy; nie ma mnie / kto nosić. Cztery latka i na apka. Trzeba z tego wyrosnąć, bo nadchodzi „rok 1976, wrzesień”. Nie ma taty w mundurze z teczką, a przychodzą smutni panowie w czarnych płaszczach / i kapeluszach, rewidują nasz strach. „Zawiążę twoje ręce, rozstrzelam twoje serce” – śpiewa Niemen; / ojciec nie poddawał się naciskom, rozważał ścieżki pod stopami. Czyżby, będąc funkcjonariuszem MO, chyba że działał jak Konrad Wallenrod. Nie mówię, że odgrywał doniosłą rolę, ale kto wie? Żona nie zamknęła się w wieży, bo przecież ktoś musiał opiekować się dziećmi, żeby uchronić przed domem dziecka, ale jednak narażała je, bo działała przeciwko, cokolwiek by to znaczyło. Stąd ci w czarnych płaszczach, 07 się nie zgłasza, zjawia się „Brunet wieczorową porą”; dobrze, / że wyrosłam z paska żałobnego na kołnierzyku. Próbujemy się chronić / przed dzikością ludzi, którzy dzwonią po nocach, by szykować nam trumny. Czyli milicja nie chce już zajmować się rodziną zmarłego kolegi, a krąży śmierć, która, jak zwykle, znienacka może dopaść. Uciekają z nieprzyjaznego miejsca Gierkówką z Katowic i chowają się w jakimś hotelu pod Warszawą.

Co z tego rozumie pięciolatka? Dla niej ważne będzie pouczenie kelnera, że łyżeczkę z cukiernicy trzeba odłożyć, a herbatę zamieszać swoją i to, że jak mleczny ząb się rusza, trzeba go przywiązać do klamki, ale to historia banalna. Znam lepszą, którą wypraktykowali w tamtych czasach bracia innej strachliwej dziewczynki. Powiedzieli, żeby ząb przywiązała do klamki w oknie, a on sam odpadnie. Kiedy to zrobiła, szybko ją podnieśli i wyrzucili przez to okno. Parterowe, rzecz jasna. Siostra upadek zniosła dzielnie, a wyrwany mleczak dyndał na nitce. Prawda, że chłopcy byli pomysłowi. Mieli szczęście, że rodziców nie było w pobliżu, później wszystko rozeszło się po kościach, tylko wspomnienie zostało.

Od śmierci ojca mijają już trzy lata. Jego cień zostaje odcięty od rodziny i samotnie utkwił na stronie 24 książki, zamykając jeden z etapów życia bohaterki. Szesnastego października świat zaskakuje informacja, że Polak został papieżem. W telewizji brak entuzjazmu. Raczej mamy kłopot: „Nigdy jeden naród nie może rozwijać się kosztem drugiego”. Autorka przytacza tę wypowiedź Jana Pawła II rok wcześniej, bo słowa te padły dopiero podczas pierwszej pielgrzymki, w Oświęcimiu, żeby podkreślić problem państwa zależnego. Tymczasem, pisząc z pozycji osoby dorosłej, powie – Jestem za chuda, żeby zrozumieć, wciskają we mnie zupę. Tak propaganda działa. Jeszcze – Małym dziewczynkom podoba się, gdy mogą ubrać białe rajstopki i występować. Uczestniczyć w obchodach pierwszomajowych. Tylko dlaczego „ubierały” rajstopki? Zazwyczaj się je zakłada, chyba wystarczało, że były białe.

Ostatni wiersz z lat siedemdziesiątych dotyczy pierwszej komunii. Ogłoszenie programu wizyty papieskiej spycha bohaterkę uroczystości na drugi plan, co wywołuje niezadowolenie wzmożone nietrafionym menu i chybionymi prezentami. Lata osiemdziesiąte to niepokój, szarzyzna i strajki. Dzieci noszą strajkującym jedzenie, ona może nieść tylko ciekawość, chociaż mogłaby… Stoją za zamkniętą bramą i wyciągają ręce do głaskania / jak małpy w chorzowskim zoo. Podsuwam się, jednak dłonie nie głaszczą cudzych / dzieci. Tu mam inne doświadczenia. Podziwiałam wtedy ludzką solidarność, życzliwość, zainteresowanie drugim człowiekiem, a dzieci nie martwiły się tym, że napadnie na nas Zachód. Skąd taki pomysł u rozgarniętej dziewczynki. Kogo się bano, usłyszeć można było wszędzie, przede wszystkim w kolejkach. Widać też było ileż w naszym mieście inwalidów, / kobiet w ciąży i matek z dziećmi na rękach. Szary przeplata się z niebieskim, podmuchuje socjalizmem, czuć kurarę. W przełyku, fuj… masło solone i ten ocet na półkach. Dziewczynka podrasta, chce ładnie wyglądać i dlatego jedenastolatka farbuje prześcieradło w garnku na gołąbki i szyje spódnicę. To wszystko przez tę wrogą propagandę z Zachodu. Godzina milicyjna (nie policyjna) sprzyjała ładowi w rodzinie. Sza, gdy wkrada się 22.00, / czas przytulić tapczany i udawać, że kraj nas wychowa na patriotów. Kraj mógł mamić, ale w domach można było barwić białe plamy historii. Sięgać do pamięci rodziców i dziadków, oni chętnie dzielili się wiedzą, pod warunkiem że dziecko nie biegło z tymi rewelacjami, gdzie nie trzeba. Zza szarości wyzierała pomysłowość.

Jaka była radość, gdy w wielkiej torbie wiozło się ze wsi częściowo przerobioną świnię. I ten zapach wędzonki, który pod domem uderzył w nozdrza taksówkarza, gdy otwierał bagażnik. Jeszcze raz pociągnął nosem i z uznaniem pokiwał głową – ooo, blondynka. Ach ta reglamentacja. Wiersze na kartki czyta się krótko, nie mają niektórych metafor / i rymują się dokładnie. Nasuwa mi się naiwne pytanie – ile jest metafor i dlaczego niektórych brakuje? Następna zagadka. Sznury są, by dziergać z nich nocne sowy o pingpongowych /  oczach; wieszane obok idoli pozorują swojskość. Rzeczywiście, była moda na makramy. Wiązało się je ze sznurka czy sznurków. Natomiast jak tu dziergać z solidnych sznurów – może jak by się uprzeć – wtedy musiałyby być olbrzymie, takie na Pałac Kultury.

Piękne są wiersze o miłości. Kiedy pojawiło się uczucie, pojawiła się i szczerość. Mam 19 lat i nie dowierzam / zachłannym myślom, jakie mnie wybudzają nocą. Nie można jednak całkowicie poddać się uczuciu, trzeba panować nad sytuacją, przecież już marzec 1990 r. i za chwilę matura. Obok wiersza, z lewej strony tańczy sympatyczna para, zdjęcie emanuje ciepłem, szczęściem. Choruję na syndrom przebudzonego w klatce ptaka („rok 1990, lipiec”). Od lipca do wigilii uczucie pomyślnie rozwija się. Przez łóżko przetacza się największa z batalii. Barszcz / daje posmak wina; jestem winna jak jabłko, jak grzesznica; na stos / ze mną, na ukamienowanie. Spokojnie, jak się ma dziewiętnaście lat, nie ma tragedii, smutno jednak, gdy przy stole brakuje ukochanego. W osobnym domu twoje osobne / ręce podnoszą do ust osobną rybę; /…/ Wesołych Świąt w demokratycznym kraju; a mi życzcie miłości. Mamy demokratyczny kraj, nie fałszują wyborów, a coś ciągnie do odlotu. Jedyne przytrzymanie, to nadzieja związana z pierścionkiem. Przypomnę w tym miejscu myśl autorki z wcześniejszego wiersza – nie pytaj, co inni mogą zrobić dla ciebie, zapytaj, co ty / możesz zrobić dla innych.

Przeglądając klaser ze znaczkami, poetka wraca do lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Uzupełnia nowymi myślami, uwypukla już wypowiedziane. Kiedy ogląda serię znaczków z 1984 r. z orderami, pisze – ordery są mocną stroną 22 VII. Święto powtarza się co roku, a autorka gra na skojarzeniach – zmieniają się tylko lata i zasługi. Ponieważ jest to Święto Odrodzenia można odradzać się w kioskach Ruchu lub pod targowymi stolikami. Zdobyć pisma z zakresu mody i rękodzieła. Wyszywam słońca i księżyce, robię wykroje z własnych celów. Przylepia sobie maskę z rękodzieła. Kwituje przekornie – należy mi się jeden z tych odznaczeń za dostrojenie. Ponieważ nikt nie przyznaje jej żadnego orderu, sama sobie robi z masy solnej urodzinowe broszki.
Ostatni wiersz – „seria wilki 1985r.”. Nie jestem w stanie tego pojąć, więc nazywam rzeczy / od początku, czyli ab ovo, a jak jest jajko, to musiała być kura, żeby była kura, to trzeba wysiedzieć jajko, ale przyszedł głodny lis (lepiej wilk) i zżarł kurę. Na szczęście więcej jest kwok niż wilków. Kwoki wysiadują tajemnicę; homo homini lupus est.
Łaaa! Wielu sprzyjało wilkom, rozmnożyły się, widzę całą watahę. Wpadają w czarnych płaszczach i kapeluszach. Próbuję uciekać. Łaaa… uuu… hrrr…

Agnieszka Tomczyszyn-Harasymowicz „Wiersze na kartki”, Zaułek Wydawniczy POMYŁKA, Szczecin 2014, str. 100

Jolanta Szwarc




Przeczytaj też w dziale "poezja" wiersze A. Tomczyszyn-Harasymowicz, a także - w "porcie literackim" - recenzje jej wcześniejszych zbiorów: gównazjum.pl (2011) pióra Wandy Skalskiej oraz Sublimacje (2013) pióra Leszka Żulińskiego

 

 

 

"Replika"

Marek Wawrzkiewicz

Z uczuciem dużej przykrości przeczytałem recenzję Jolanty Szwarc z tomiku Agnieszki Tomczyszyn - Harasymowicz Wiersze na kartki*. Myślę, że albo recenzentka, z niewiadomych dla mnie przyczyn, kierowała się złą wolą albo nie zdobyła się na zrozumienie tej książki.
Co do mojego udziału (wstęp) w tej świetnej książce:

1. Zauważyłem, że w tym swoistym „życiopisaniu” nie ma informacji, kiedy w życiu poetki pojawiają się jej pierwsze wiersze. Bo nie ma. Recenzentka elegancko sugeruje, że te wiersze mogą się wydarzyć w następnym dwudziestoleciu, ergo dotąd się nie pojawiły. Brawo.

2. Zauważyłem, że wiersze z lat siedemdziesiątych mają siedem wersetów, osiemdziesiątych – osiem itd. I stwierdziłem, że jest do drobiazg, ale znaczący. Recenzentka nie wie, co to znaczy. Wyjaśniam: znaczy to, że poetka zadbała o formalną konstrukcję cyklu. Drobiazg.

3. Może nie dość dokładnie – licząc na inteligencję czytelników – napisałem, iż jest to pierwszy znany mi przypadek, że znaczki pocztowe mogą się stać inspiracją do stworzenia wierszy. Powinienem napisać: długiego cyklu wierszy. Wiem, inspirowali się tym wybitni poeci, np. Marian Makuła pisząc jeden wiersz o jednym znaczku ( uświadomiła mi to recenzentka, a ja głęboko zawstydziłem się z powodu nieznajomości tej poezji), będę się jednak upierał, że ATH była jednak pierwsza.

4. Użyłem w swoim tekście sformułowania „pamięć retrospektywna”. Poetka jako niemowlę nie czytała wprawdzie Stachury, ale właśnie wtedy ukazywały się jego książki; jest konsekwentna: swój prywatny życiorys ukazuje na tle tego, co działo się w większym, naszym wspólnym życiu. Nie wierzę, że nie da się tego wyczytać w książce, nawet jeśli wstęp jest mylący. Wyjątek robię tylko dla ludzi z amputowaną wrażliwością.

Recenzentka – tego nie mogę jej odmówić – napracowała się. A przecież mogła ograniczyć się do zakończenia swojego tekstu: „ Łaaa… uuu…hrrr…”

Marek Wawrzkiewicz

(17.05.2014)



Odpowiedź na „Replikę” Marka Wawrzkiewicza

Z dużą satysfakcją przeczytałam „Replikę”, ciesząc się, że znakomity literat zwrócił na mnie swoją uwagę.
Co chciałam powiedzieć o tomiku Wiersze na kartki Agnieszki Tomczyszyn-Harasymowicz, wyraziłam w tekście „Lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte ze szczyptą dziewięćdziesiątych”. 
Czytelników portalu „Latarnia Morska” zachęcam do uważnego porównania obydwu wypowiedzi.

Jolanta Szwarc

(23.05.2014)