bp Ignacy Jeż - O przygodach z Opatrznością i zadziwieniu życiem

Kategoria: rozmowa latarni Opublikowano: niedziela, 20, grudzień 2009

Z biskupem seniorem Ignacym Jeżem rozmawia ks. Henryk Romanik

O przygodach z Opatrznością i zadziwieniu życiem


- Księże Biskupie, rozpocznijmy rozmowę od fenomenu zadziwienia życiem z perspektywy podziwianej długowieczności.
- Dzisiaj, gdy patrzę na moje życie z perspektywy dziewięćdziesięciu ponad lat, to się już niczemu nie dziwię. Właściwie to już jest zakończenie życia, ale że się ciekawie układało, to już nie zaprzeczam. A gdy tak wszystko zbieram w pamięci, to bardzo odpowiada mi tytuł rozmowy: „O przygodach z Opatrznością…”.
Najpierw słowo „przygoda”, wzięte z harcerstwa. Od wstąpienia do harcerstwa faktycznie na wszystko patrzyłem trochę jak na przygodę. Najpierw w seminarium, gdy wyrzucono prawie 40 kleryków i ja sobie wtedy myślałem, czy mnie też wywalą. Ale nie wywalili. Ot, przygoda...
Potem pojechaliśmy na wycieczkę z reprezentacyjną drużyną harcerską do Lachsenburga koło Wiednia. Byłem zastępowym, a drużynowym był ks. Bonifacy Sławik, późniejszy kapelan arcybiskupa Gawliny. Wychowawcy postawili harcerstwo na wysokim poziomie. I bardzo często powtarzali nam słowo „przygoda”. W praktyce był ich nieustanny szereg. Któregoś dnia musieliśmy zdobyć sprawność „ćwika”, która polegała na przeżyciu 24-godzinnej forsownej wycieczki. Razem z kolegą udało nam się wyprawę przetrwać.

- Dodajmy, że to było w przedwojennym, słynącym z pięknej tradycji polskim harcerstwie.
- Z czasem zostałem podharcmistrzem i gdy gestapo zamknęło mnie w 42 roku, po trzech tygodniach siedzenia w pojedynczej celi zacząłem myśleć tak: „Młody człowiek, po pięciu wspaniałych latach kapłaństwa, a tu koniec. Teraz cię poślą do obozu i sprawa załatwiona”. Wtedy sobie powiedziałem: „To też inna forma przygody, bo można pracować duszpastersko, głosić kazania, odprawiać msze, spowiadać, ale... można też siedzieć w więzieniu. Dlaczego nie? Pan Bóg wybiera dla ciebie raz taką, a raz inną drogę. Zobaczymy”. I takie rozmyślanie mnie uspokoiło, chociaż nie wiadomo było jak się ta przygoda skończy.
Potem był transport pociągami do obozu, który trwał trzy tygodnie. Którejś nocy na Polizeipraesidium we Wrocławiu, otrzymałem bezcenną odpowiedź na moje wątpliwości. Podchodzi do mnie jeden z więźniów i pyta: „Tyś jest księdzem?”. „Tak – odpowiadam – zamknęli mnie za tę mszę odprawioną w Hajdukach za mojego proboszcza zmarłego w Dachau”. „Tu jest taka grupa oficerów, piłkarzy z KS ‘Śmigły’ z Wilna. Posądzili nas za to, że byliśmy organizatorami buntu w oflagu i wiozą na Sondergericht [sąd specjalny], a to wiąże się nawet z możliwością wyroku śmierci. Trochę się boimy i może byś nas wyspowiadał...” Niezwyczajny ma sens taka przygoda…

- Takie spotkanie to jednak Opatrzność.
- Potem w transporcie spotkałem „ślepego Maxa”, który pokłócił się z przełożonym, a ten zakwalifikował go do Arbeitsscheu, to znaczy do takich, co się wykręcali od roboty. W obozie nosili czarne trójkąty. Myślałem sobie, jak ślepego można było posłać do obozu! Słyszałem jak jego koledzy mówili mu: „Patrz dziś są takie małe porcje chleba...”, a ci koledzy-bandyci po prostu okradali go z jedzenia. Zaproponowałem Maxowi, że się nim zaopiekuję, by trochę go bronić. Bardzo się ucieszył. W trakcie ładowania nas na ciężarówki do Dachau, gdy „pomagano” nam kolbami i kopniakami przy wsiadaniu, esesman pyta dlaczego go podtrzymuję. Odpowiadam na to: „On jest ślepy i muszę go prowadzić!”. Dzięki temu i ja mniej oberwałem. Tak sobie mówię: każda przygoda ma swoje złe i dobre strony.

- Udało się Księdzu Biskupowi przeżyć obóz i wrócić.
- Po wyzwoleniu spędziłem jeszcze jeden rok w Goeppingen, gdzie zbierano uwolnionych Polaków, pracujących wcześniej u bauerów. Był tam rotmistrz Musiał-Pęczyński, który wzywał: „Zostajemy, będziemy tworzyć emigrację!” Mówię do niego: „Panie rotmistrzu, z chłopakami od bauerów - emigrację? To nie ma sensu, żeby oni tu siedzieli u rodzin niemieckich i z nimi się wiązali. Co to za emigracja, trzeba wracać do domu i tam pracować u siebie!”. „A ksiądz pojedzie z nami?” – zapytali. Wróciliśmy razem w 46 roku do Polski.

- A ta Polska jaką przygodą była?
- Ja przez 12 lat byłem katechetą, a potem rektorem niższego seminarium duchownego. Chińczycy ponoć mówią „obyś cudze dzieci uczył” i traktują to jako przekleństwo, a ja mówię, że to była ciekawa przygoda. Stu dwudziestu chłopaków mieszkało w internacie, a w całej szkole było mniej więcej trzystu uczniów. Trzeba to było jakoś prowadzić.

- Czy młodzież wtedy była bardzo trudna, czy taka zwyczajna jak na owe czasy? Teraz tyle dyskutuje się o sprawach szkolnych i kryzysie wychowania.
- Z tym porównywaniem dawnej i dzisiejszej młodzieży nie jest łatwo. Trzy lata temu katecheta w gimnazjum im. A. Mickiewicza w Katowicach zaprosił mnie do poprowadzenia rekolekcji. Broniłem się: „Czyś ty na głowę upadł? Ja zdawałem maturę siedemdziesiąt lat temu!” Ale rekolekcje się odbyły i młodzież przychodziła. Na zakończenie urządzono rodzaj konferencji prasowej i zapytano: „Jak ksiądz biskup ocenia nas w porównaniu z kolegami z lat maturalnych biskupa?” Mówię im: „To się nie da porównać. Ten dzisiejszy człowiek jest zupełnie inny, przez gazety, telewizję, komputer, internet z pornografią...” Dzisiaj samochody, ba, samoloty, to codzienność, a ja musiałem słuchać koncertów z konkursu szopenowskiego w radiu na kryształek. Pamiętam niewidomego Węgra, Imre Ungara, który zdobył II nagrodę. Zachodziłem w głowę, jak on mógł się nauczyć na pamięć całych koncertów? To było bodaj w 1932 roku. I to jest też zadziwienie życiem.

- Czasami spotkanie z kimś ciekawym albo ważnym odmienia nasze losy. Jak to było z decydującymi spotkaniami w życiu Ks. Biskupa?
- Wkrótce rozpoczęła się nowa przygoda. Któregoś dnia, a było to 13 maja 1960 roku, na Matkę Boską Fatimską wezwał mnie kardynał Wyszyński. Zapytał podstępnie: „Jak ksiądz rektor myśli, po co ja go tu wezwałem?” „Na pewno chodzi o seminarium duchowne – odpowiadam - które już dwa razy komuniści próbowali zamknąć, a ksiądz prymas może nas jeszcze przed tym uratować”. Przedstawiam mu moje akta, on kiwa głową, uśmiecha się. Myślę: „Dobrze trafiłem.” Jak mi już tchu zabrakło, podsunął kartkę i mówi, że papież Jan XXIII chce mnie biskupem zamianować - on takie kawały robił - ale ja muszę na to wyrazić zgodę. Ja na to: „Proszę księdza prymasa, jest napisane, że miałbym być biskupem pomocniczym w Gorzowie. Tam już są przecież dwaj biskupi ze Śląska, Pluta i Stroba. Nie wytrzymają, że nie wybrano nikogo z miejscowych.” Prymas miał gotową odpowiedź: „A może Ojcu Świętemu zależy, żeby przynajmniej między wami była zgoda, bo przecież tam różnie bywało na tych Ziemiach Zachodnich...”. Dyskutuj tu z prymasem, więc zamilkłem. Prymas pyta: „Czy to milczenie mam przyjąć jako wyrażenie zgody?”. Odpowiedziałem: „Tak” i w ten sposób zaczęła się moja nowa przygoda biskupia w Gorzowie, a znowu po dwunastu latach zostałem biskupem ordynariuszem w Koszalinie. Moje zadziwienie nie miało granic.

- Czy Ksiądz Biskup w swoich czasach śląskich znał trochę Pomorze albo Koszalin? Przecież to przed wojną był inny kraj...
- Ja się przecież urodziłem [dop. autora 31.08.1914] także w „innym kraju”! Znaliśmy trochę Pomorze z przyjazdów wakacyjnych, ale poza tym nic więcej. Kiedyś byliśmy w Międzyzdrojach na tygodniowej wycieczce. Mój kolega Jerominek, który przyjechał na ostatnie dwa dni, chciał jeszcze nadrobić zaległości w opalaniu. Po smażeniu się od rana do wieczora myśleliśmy, że nam taki „świeżo upieczony” umrze w pociągu. W domu okładaliśmy go kwaśnym mlekiem, bo biedak miał za dwa dnie prowadzić rekolekcje. To ci dopiero przygoda!
Sytuacja ludnościowa na Pomorzu była nie do porównania z moimi rodzinnymi stronami. Lokalne społeczeństwo tu się cały czas dopiero tworzy. Potrzeba 50-60 lat, a może i 5-6 pokoleń, żeby wyrosła tutejsza tradycja, lokalna kultura. Kto to jest ksiądz ze Śląska to wszyscy mniej więcej wiedzą, ale powiedzieć czym cechuje się ksiądz z Koszalina nie jest takie proste. Na pewno jest ogromnie pracowity. Wiem, że mając 4 filie plus kościół parafialny do obsłużenia, ksiądz tutejszy ma co robić. Nieraz nawet ukrywali przed biskupem, że odprawiali w niedzielę więcej mszy, choć wolno im tylko 4 razy w niedzielę stawać przy ołtarzu.

- Biskup nie odpowiada tylko za sprawy duszpasterskie, ale i za społeczne, ludzkie. Jak to było w pierwszych latach biskupowania pośród wszystkich tych przybyszów z Kresów, z Wielkopolski, czy z innych stron?
- Jeszcze jako młody biskup w Gorzowie wyjeżdżałem na wizytacje. Po mszy lubiłem rozmawiać z ludźmi i kiedyś zapytałem, czy odwiedzają sanktuarium maryjne w Rokitnie. A oni ze śmiechem odpowiedzieli, że oni tylko do Kochawiny pod Lwowem, bo dziadek i tato prowadził ich tam, więc i oni uznają tylko Kochawinę, bo o Rokitnie nikt im nie mówił. Zanim zaczęto pielgrzymować do pomorskich sanktuariów, trzeba było sporo czasu, aby powstała na przykład tradycja pielgrzymowania do naszego Skrzatusza.
Podobnie było ze zwyczajami między księżmi. Kiedyś mówił mi wikary, że proboszcz spod Lwowa przejmował wszystkie ofiary kolędowe, a później inny z Wilna połowę mu oddał. Także i te praktyczne sprawy pokazywały odmienne podchodzenie do różnych spraw i przyzwyczajenia kleru. Urządziliśmy więc synod diecezjalny, który ustanowił lokalne prawa i spory wtedy się skończyły. Jednak więzi z miejscami pochodzenia nawet w kolejnych pokoleniach są na tyle silne, że nawet młodsi chętnie udają się np. do Ostrej Bramy, do ojczyzny babci.

- Czy można nazwać te procesy społeczne i religijne dojrzewaniem tożsamości małej ojczyzny, patriotyzmem nowego domu?
- To dojrzewanie dzieje się na naszych oczach. Ludzie uczestniczą w nim przez przywiązanie do swojego środowiska, na przykład do teatru czy filharmonii. Nade wszystko przez tworzenie nowej przestrzeni modlitewnej. Gdy Koszalin miał 30 tysięcy mieszkańców, były tu dwa kościoły, a gdy liczył już 80 tysięcy nadal były tylko dwa. Próbowaliśmy tłumaczyć to władzom, ale dopiero w nowych czasach postawiono nowe świątynie, bo już inaczej nie dawało się żyć.

- ...Ale wtedy promowano inny projekt ojczyzny: bez kościołów.
- Tak rodzi się ta mała ojczyzna: przez przywiązanie do miejsca i nowe więzi międzyludzkie. To widać choćby w wyborach do władz lokalnych, gdy ludzie mają zaufanie do tych, których znają. Ja mogę to powiedzieć o moich rodzinnych stronach między Tarnowem i Katowicami, gdzie spędziłem jakieś 40 lat i drugie tyle o moim pomorskim domu, gdzie żyję drugie tyle.

- Jednak mówi się w Polsce „biskup koszaliński” mimo wyraźnej melodii śląskiej w mowie Księdza Biskupa.
- To prawda, bo chociaż ja już na zawsze pozostanę Ślązakiem, boć stamtąd przecież czerpałem dużo form duszpasterskich i nawiązywałem do wielu tamtejszych tradycji, które tu wydawały się przydatne, to jednak jestem „koszaliński i kołobrzeski”. Po mnie przyszedł biskup Domin promujący działalność charytatywną, potem biskup Gołębiewski jako biblista próbował ożywić zainteresowanie Pismem Świętym, a biskup Nycz, odpowiedzialny w Episkopacie za katechezę, zachęca teraz do odrodzenia katechezy parafialnej. Ja wniosłem swoje, a oni swoje i tak rośnie ta nasza społeczność.

- Ideologia komunistyczna traktowała polską obecność na tych ziemiach tak, jakby świat rozpoczął się tu w 1945 roku. A jakie było podejście biskupów do tej sprawy?
- System marksistowski, zwany wtedy „naukowym”, był dla naszych ludzi czymś kompletnie obcym i narzuconym. I nie było szans, by ktoś za tym „poszedł w ogień”. To myśmy próbowali integrować w tym środowisku przybyszów polskich z różnych stron. Kiedy zobaczyli tu kościoły szachulcowe, w „pruską kratę”, początkowo czuli się obco. Z czasem wnieśli swoje elementy: obrazy, drogę krzyżową, wyposażenie katolickie. Wtedy mogłem im powiedzieć, że to od nas zależy, czy będziemy czuli się u siebie.
Ideolodzy powtarzali swoją propagandę w szkole, w pracy, w polityce. Kazali obchodzić nowe, obce święta. Mówiliśmy wtedy, że naszym świętym był 3 maja, a tu przymuszają, by świętować pierwszego. Na szczęście zostawiono ten sam hymn narodowy, ale obok przecież była jakaś narzucona „międzynarodówka”, w którą chyba nikt nie wierzył. Ludzie nie śpiewali tego sami z siebie. Nie było wyjścia, ale gdyby zamiast kolektywizacji tutejszą ziemię władze komunistyczne rozdzieliły ludziom, to byśmy na Pomorzu mieli teraz rozwinięte społeczeństwo rolnicze, a nie biednych i wygnańców we własnym kraju.

- Kto miał nauczyć ludzi gospodarzenia, gdy nie pracowali na swoim?
- Taki traktorzysta czy dojarka robili, co kazał im kierownik. Lecz przecież w tych planach produkcyjnych to i kierownictwo często nie wiedziało co się dzieje. Długo także mówiło się, że żyjemy na „poniemieckim”. To dotyczyło domów, kościołów, szkół i podtrzymywało mentalność tymczasowości, a też nieodpowiedzialności za swoje środowisko. My podpisaliśmy portret biskupa Reinberna w bazylice kołobrzeskiej, że ufundował go jego „pierwszy następca”. Na tym polega logika kontynuacji i zadomowienia Kościoła w lokalnej historii i tradycji małej ojczyzny.

- Czy nie obawia się Ks. Biskup, że nowa fala emigracji zarobkowej i brak pewności egzystencjalnej młodego pokolenia na Pomorzu może zachwiać więzią z domem, już nie mówiąc o lokalnym patriotyzmie?
- Szkoda, ale tak się dzieje, niestety. Bywały takie czasy, jeszcze do lat 60., że ludzie napływowi siedzieli prawie na walizkach i bali się, że tu wrócą Niemcy. Młodsi, urodzeni na Pomorzu już tego nie pamiętają i nie zdają sobie sprawy, że dopiero ustawa „gierkowska” z 1971 roku uczyniła własnością kościelną świątynie i plebanie, ale wcześniej to nie byliśmy na swoim.
Opowiada o tym taka anegdota o proboszczu, któremu komornik za niepłacenie czynszu za obiekty sakralne chciał zająć piękny obraz z Ostatnią Wieczerzą. Nakleił kartkę z pieczęcią na złoconą ramę i obiecał, że wróci tu z transportem. Proboszcz zwinął obraz i zostawił pustą ramę na ścianie, a gdy zdumiony urzędnik zapytał o tamtych na obrazie, przezorny ksiądz odparł: „Tamci? - jak zjedli, to sobie poszli...”

- Nie można było przecież żyć w takim prowizorium, ciągle „nie-u-siebie”...
- Ale gdy parafianie mogli już powiedzieć: „Ten kościół jest nasz”, to ruszyły roboty remontowe, nowe budowy i plany rozwoju. Przykładem tego może być klasztor franciszkanów w Darłowie, który został zbudowany jakby stał tam od wieków. No i nade wszystko bazylika kołobrzeska, z której teraz jesteśmy dumni w świecie, a niewiele brakowało, by rozebrano na cegły tę powojenną ruinę. Gdy prymas Wyszyński w 1975 roku wszedł tam między resztki ocalałych murów, westchnął: „Czy wy dacie radę to dobudować?”
Ale w księżach i w świeckich była ogromna gorliwość i pracowitość w warunkach niesamowicie trudnych. Ludzie przynieśli ze sobą nie tylko wspomnienia z dawnych stron ojczystych, ale także wielkie przywiązanie do Kościoła i szacunek dla duszpasterza. Kiedy trzeba było podjąć trudne zadania i ksiądz umiał zaprosić do współpracy, to parafianie - i nie tylko - stawali za nim murem. Długo to trwało, by nabrali do siebie zaufania i wzajemnie zaczęli się wspierać. Myślę, że potrwa to jeszcze trochę, aż będzie można powiedzieć, że już ukształtował się „człowiek pomorski”, ktoś o mentalności koszalińskiej i kołobrzeskiej. Mała ojczyzna Środkowego Pomorza potrzebuje jeszcze dojrzewania.

- Od pewnego czasu możemy zaobserwować narastające zainteresowanie historią naszego regionu. To nie tylko wiedza i legenda, ale także różne inicjatywy społeczne, prywatne, międzynarodowe na rzecz zabezpieczania, upamiętniania najstarszych cmentarzy na tych ziemiach: tych ewangelickich, a nawet żydowskich. Nie zawsze tak było. Sam pamiętam likwidację takich „nie-naszych” grobów.
- Rzeczywiście, świadomość nasza w tych sprawach ostatnio bardzo się zmieniła. Była taka linia oficjalna dawniej, że wszystko co niemieckie to nie tylko obce, ale i wrogie. Niezrozumiałe były pierwsze próby wspólnej modlitwy z przybywającymi do nas Niemcami stąd pochodzącymi, którzy chcieli pomodlić się w niegdyś ich świątyni. Znamy przykłady prawdziwego buntu w parafiach, gdzie pojawiły się takie próby. Nie mówiąc o trudnościach z władzami.
Dopiero możność podróżowania na dawne polskie Kresy i odwiedzanie tamtejszych naszych cmentarzy i kościołów otworzyła nam oczy na podobną sytuację Niemców odwiedzających swoje miejsce urodzin i rodzinne groby. Na szczęście nie zlikwidowano wszystkich cmentarzy. Część z nich, na wioskach zwykle, została. Zaniedbana i opuszczona, ale ze śladami przynajmniej po nagrobkach i krzyżach. Tam, gdzie nie zostały one rozgrabione i zdewastowane, teraz tworzy się lapidaria i godnie upamiętnia dawnych mieszkańców tych ziem. Długo musieliśmy dojrzewać do tej nowej tożsamości naszej małej ojczyzny.
Nawet nam, były więźniom obozów, nie było łatwo mówić o pojednaniu. Ale skoro mówimy w modlitwie: „...odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”, to w końcu trzeba było skończyć z nienawiścią, poszukiwaniem odwetu, pamięcią tylko o krzywdzie. I podaliśmy rękę na pojednanie. Tak i z tymi cmentarzami: trudno się mścić na bezbronnych nagrobkach, a skoro od innych domagamy się szacunku dla polskich grobów, to trzeba i nam zachowywać się po ludzku i po chrześcijańsku wobec dawnych niemieckich mieszkańców słowiańskiego kiedyś, a potem długo niemieckiego Pomorza. Mądre jest także pamiętanie o śladach pomorskich Żydów, pierwszych stąd wypędzonych na zagładę. Warto ich wspominać w modlitwie i w wychowaniu najmłodszego pokolenia.

- Niedawno, 4 listopada, uczestniczył Ks. Biskup w odsłonięciu ciekawego pomnika w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen koło Berlina.
- Przyjęliśmy chętnie zaproszenie kardynała Sterzinskiego z Berlina i zarządu muzeum obozowego, by upamiętnić szczególnych więźniów tego miejsca, o których przez 60 lat się milczało. To właśnie tam transportowano polskich księży z północnych diecezji (Gdańsk, Gniezno, Poznań, Włocławek), aresztowanych już w 1939 roku przez hitlerowców. Dopiero w grudniu 1940 roku wszystkich przetransportowano do Dachau. Zdaje się, że na prośbę kardynała Bertrama z Wrocławia gestapo zebrało wszystkich księży w jednym obozie koło Monachium, gdzie mieli nawet kaplicę i mogli się jakoś wzajemnie wspierać. W Sachsenhausen przebywało ponad 700 księży, z tego ponad 600 Polaków. Koło stu ich zginęło jeszcze w obozie i w czasie transportu przeprowadzanego w nieludzkich warunkach. To właśnie dla nich przygotowano ciekawy pomnik, na którym miały być wyryte także nazwiska zmarłych Polaków. Przesłano mi nawet do korekty listę nazwisk polskich ofiar. W wielkim głazie wycięto krzyż, który położono obok w trawie. To na tym krzyżu są wypisane nazwiska księży. W moim przemówieniu, na prośbę kardynała Dziwisza, wspomniałem też profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego, których po aresztowaniu przewieziono do KZ Sachsenhausen. Niektórzy z nich tam też zostali zgładzeni.

- Kiedy oglądaliśmy w kinie wstrząsający film V. Schloendorfa „Dziewiąty dzień”, oparty na prawdziwych losach luksemburskiego księdza, więźnia z Dachau, Ks. Biskup był z nami. Po projekcji zadawaliśmy pytania i w jednej z odpowiedzi, Ks. Biskup odparł: „Nawet jak wam wszystko opowiem, to i tak nie zrozumiecie.” Czy tak trudno jest mówić o tamtych przeżyciach, przekazać tamto doświadczenie?
- To praktycznie niemożliwe. Ja sam do dzisiaj nie rozumiem, jak to było możliwe, że ludzie z takiego kulturalnego narodu, wykształceni przecież gestapowcy, potrafili tak kopać leżącego człowieka, że ten pozostawał martwy pod ich buciorami. Tylu muzyków, filozofów, pisarzy, naukowców było wśród Niemców, a przecież te wszystkie bestialstwa stały się faktem i zostawiły ślad na uczestnikach tamtych wydarzeń. Przecież nie wszyscy byli takim marginesem ideologicznym, a jednak przyzwolili na tyle zła...
W obozie włączono mnie do specjalnego Arbeitskommando Geometer jako pisarza na maszynie, który musiał pisać takie roboty o pomiarach geodezyjnych na terenie obozu. Nasza trójka miała osobnego Postena [strażnika], który pilnował nas, gdyśmy wychodzili poza ogrodzenie. On właściwie nie miał co robić i czasem naciągnęliśmy go na takie ogólniejsze rozmowy o sprawach wojennych. Okazało się, że był na froncie wschodnim, ale wrócił z przestrzeloną. Opowiadał o zwycięskich marszach ze 100 tysiącami jeńców. Zapytaliśmy go: „I coście z nimi robili?” „No, jak to co? – odpowiadał spokojnie, jakby jadł bułkę z masłem – przecież nie mogła cała armia zostać i pilnować jeńców.” „Ale co z nimi zrobiliście?!” – nalegaliśmy. „Wystrzelaliśmy” – wyjaśnił kulturalnie nasz wykształcony strażnik. Jak można o czymś takim spokojnie opowiadać?

- W naszej rozmowie słowa „kultura” i „wychowanie” przewijają się dość często. Wiemy, że Ks. Biskup sam spisał i podyktował wiele wspomnień już opublikowanych, by podzielić się z młodszymi od siebie ową „przygodą z Opatrznością”. Jaką rolę w życiu Ks. Biskupa, od dzieciństwa w domu i w szkole, odgrywała książka i jakie tytuły powracają chętnie w pamięci?
- Po tym jak przez 12 lat byłem dyrektorem gimnazjum św. Jacka (w Katowicach) i rektorem niższego seminarium duchownego pozostało mnóstwo doświadczeń. Zachęciłem moich wychowanków, z którymi mam do dziś dobry kontakt, by zebrali to wszystko. Udało się wydać taką dwutomową historię i zbiór przygód, osobistych świadectw i opowieści.
Uważam, że książka jest najlepszym pomnikiem. Nie te z kamienia czy ze spiżu, ale właśnie książka najlepiej przywołuje wspomnienia i wychowuje. Pomnik można zniszczyć, zamienić na bruk, ale żeby z tysiąca egzemplarzy książki wszystkie miały zginąć, to chyba niemożliwe. To co pozostawimy zapisane nawet po 100 latach będzie mówiło o nas.
Z tytułów, które mi towarzyszą od najmłodszych lat i w pracy wychowawczej, to nade wszystko Trylogia Sienkiewicza. Nawet mam w domu eleganckie wydanie, do którego co jakiś czas zaglądam. Kiedy po wojnie organizowaliśmy takie wykłady dla „katolików głębiej myślących” (nie można było mówić, że to dla inteligencji), przydzielono mi zadanie, bym opowiedział o dziele Antoniego Gołubiewa „Bolesław Chrobry”. Wspaniała historia i jak napisana! To jedna z najpiękniejszych książek, jakie ukazały się u nas po wojnie. Wielkość Gołubiewa polega między innymi na stworzeniu oryginalnego języka dla przedstawienia piastowskiej sagi.
W 1948 roku maturę zdawała klasa, której byłem wychowawcą i do której należeli na przykład Wojtuś Zabłocki, mistrz olimpijski w szermierce (nasza klasa stała się przez niego sławna), i redaktor Wolnej Europy, autor wybitnej monografii „Nie paść na kolana. Szkice o polskiej polityce lat powojennych”, Marek Łatyński. Czytam też książkę pana Grajewskiego „Wygnanie” o katowickim biskupie Adamskim, jednym z wypędzonych w latach 50-tych ze swojej diecezji. Mam też na półce rzeczy o polskich lotnikach, o nauczycielach, księżach.

- Widać wyraźnie, że Ks. Biskup przywołuje tytuły z nurtu historycznego. Czyżby zaufanie do historii jako „magistra vitae”?
- Rzeczywiście, zawsze interesowała mnie historia bardziej od języków, matematyki, czy przyrody. Sam napisałem pracę magisterską z dziejów obrazu Matki Boskiej Piekarskiej, która była oparta na dokumentach kapituły krakowskiej. Gdybym dostał trochę urlopu na pracę naukową, to pewno zdobyłbym i doktorat, ale biskup Bieniek powiedział, że zależy mu bardziej na pracy w seminarium niż na moich tytułach.

- Wspomnienia o katowickim św. Jacku przywołują gimnazjum jako miejsce wielkiej pracy wychowawczej. Tymczasem tej jesieni trwają spory o polskie gimnazja. Stały się symbolem kryzysu albo nawet nieporozumienia edukacyjnego.
- Przeżyli tyle tych reform edukacyjnych, że gubi się trochę wartość wychowania człowieka i jego dobro. Dominuje polityka i interesy grupy zawodowej, a szkoda młodzieży.
Dawniej, po 4-letniej szkole podstawowej szło się do 8-letniego gimnazjum. Czasowo to tyle prawie co dzisiaj. Przy tym, kto nie szedł do gimnazjum, kończył 8 lat szkoły podstawowej i mógł ewentualnie iść do szkoły zawodowej. Tytuł książki o historii szkoły św. Jacka brzmi: „Samodzielnie myśleć i wybierać”. Nam wtedy chodziło, by tak kształtować sumienie młodego człowieka, by w różnych warunkach życiowych potrafił mądrze wybierać, wykorzystywać dar wolności i znać miarę swego obowiązku. Nawet wtedy, gdy wychowawca ma świadomość ryzyka, że uczeń może popełnić błąd. Idzie o to, by pokazywać, że te trudniejsze drogi też są możliwe do realizacji i są ciekawe.

- Kiedy zimą 1982 roku Ks. Biskup odwiedzał w Paradyżu swoich seminarzystów, podzieliliśmy się podejrzeniami, że są wśród nas donosiciele. Wtedy usłyszeliśmy odważną myśl: „Nie bójcie się. Pamiętajcie, że od początku w Kościele co dwunasty... to Judasz. Musimy sobie z tym poradzić.” Pamiętaliśmy te słowa, przyglądając się sobie i nie chcąc być tym „dwunastym”.
- To prawda, może nie dosłownie, ale taka była rzeczywistość. Cokolwiek udało nam się zrobić, to dzięki solidarnej współpracy owych 90 procent. Takie wychowanie i takie duszpasterstwo, które respektują wolność, dają owoce i umożliwiają podejmowanie trudnych odpowiedzialności. To najbardziej sprawdziło się na księżach, na ludziach budujących nowe kościoły. Kiedy pomyślę dzisiaj o kołobrzeskiej konkatedrze, gdzie podczas odbudowy zwiedzałem rusztowania (nieraz było to dość niebezpiecznie), to podziwiam dokonane dzieło, które dziś nie ustępuje średniowiecznym budowlom.

- Uświadamiam sobie, że po godzinie rozmowy o wychowaniu, o historii, o kulturze, właściwie nie mówimy o Panu Bogu. Mam teraz trochę „księżowskie” pytanie: jak się modli biskup, człowiek odpowiedzialny za milion ludzi, za setki swoich księży; znający nasze problemy od podszewki? Jak to wszystko mieści się w sercu, w słowach, w rozmowie z Bogiem?
- Muszę powiedzieć, że we wszystkim, o czym mówimy, niejako „na zapleczu”, jest Pan Bóg. Jednak przywoływanie tego bez przerwy nie ma sensu. Bez Boga przecież nie jestem biskupem i bycie księdzem jest niemożliwe. Czyli nawet na emeryturze jestem dalej biskupem i działam jako biskup. Taka jest prawda o mojej modlitwie.

- Pośród czytelników „Latarni” znajdą się i tacy, którzy do kościoła prawie lub wcale nie chodzą, mają problemy z modlitwą...
- Panie, i co ja mam z nimi zrobić? Przecież ich nie przymuszę, ale nie powiem, że spisuję na straty. Nawet jeżeli w tym umownym milionie jest ich 100 tysięcy, mój Boże, dwa razy Kołobrzeg! Może ludzie nie wiedzą, ale w każdej mszy świętej są oni wszyscy, a nade wszystko moi księża. Bo ja jestem t u siebie i za tych moich ludzi odpowiadam przed Bogiem. Więzi z rodzimą diecezją katowicką to jedno, a moje biskupie życie to drugie. Kiedy arcybiskup Zimoń chciał mnie na emeryturze zabrać do Katowic, to mu grzecznie podziękowałem, bo przecież na Pomorzu jest moje miejsce, mój dom. Tam byłbym gościem, a tu jakoś mnie jeszcze utrzymają, czy chcą, czy nie...

- W swoich opowieściach i publikacjach Ks. Biskup wspomina chętnie człowieka, który widnieje tu w Księdza mieszkaniu na kilku fotografiach. Proszę o podzielenie się jakąś historią, niechby i lżejszą, o spotkaniu z Janem Pawłem II.
- Przyjaźń z biskupem Wojtyłą od początku była wielką przygodą. Kiedy zostałem młodym biskupem, on odpowiadał w Episkopacie za duszpasterstwo młodzieży. Powiedział mi wtedy: „Ty byłeś za młodu moderatorem diecezjalnym Sodalicji Mariańskiej” ( przedwojennej organizacji kościelnej, skupiającej prawie pół miliona młodzieży), to weź za mnie pracę z młodzieżą, a ja przejdę do duszpasterstwa rodzin”. Zgodziłem się i jakiś czas współpracowałem z nim, bo wprowadzał mnie w swoje metody, poznawał z ludźmi.
Tak też było z przygodami kajakowymi. Cóż za wyprawy Krutynią, Drawą, Brdą. A Czarna Hańcza: cóż za wspomnienia! Paszportów nie mieliśmy, więc nie było podróży zagranicznych, ale te kajaki! Podróżował z nami także biskup Stroba, jeszcze jako rektor seminarium katowickiego, który zaprzyjaźnił się z Karolem w Krakowie. Po wakacjach opowiadaliśmy o tych wyprawach, a właściwie do końca Jan Paweł II pytał: „A jak tam Drawa? Dalej taka zarośnięta trzcinami?”. On zawsze mówił do mnie „Ignaś”, ale mi nie wypadało przecież w Rzymie mówić do niego „Karolu”, chociaż wcześniej byliśmy 18 lat kolegami w Episkopacie.

- „Człowiek, który został Karolem”...
- Muszę przyznać, że nie widziałem żadnego z filmów o Janie Pawle II. Po tym jak rozczarowałem się filmowymi postaciami „mojego” Wołodyjowskiego, czy Basieńki, powiedziałem sobie, że lepiej niech Ojciec Święty zostanie w moim sercu jakim go znałem, a nie w ekranowej podróbce. Ja go jeszcze dobrze pamiętam i nie chcę podziwiać niezbyt udanym wysiłków filmowców.

- Pamiętam też słynny różaniec koszaliński w 1991 roku u stóp Reformatorów w witrażach koszalińskiej katedry. Warto dodać, że są one rówieśnikami Ks. Biskupa, bo ufundowane w 1914 roku.
- Klęczeliśmy obok siebie i zauważyłem jak Papież spoglądał w czasie modlitwy na postać widniejącą w jednym z witraży. Uznałem, że należą mu się moje wyjaśnienia i po nabożeństwie (transmitowanym na cały świat przez Radio Watykańskie) pokazałem mu nasze rzeźby mistrza Wencla z Iwięcina – Wit Stwosz to on nie jest, ale nasz najlepszy z tamtych czasów - oraz wyjątkowe witraże. Chyba nigdzie na świecie nie ma w katolickiej katedrze wizerunków Ojców Reformacji, Lutra i Melanchtona, w tak honorowym miejscu. Kiedy ludzie pytają, co to za święci, to mówię, że jeszcze nie są kanonizowani, ale są codziennie na katolickiej mszy, to nie wiadomo co z nich jeszcze będzie. Ojciec Święty, który sam pozytywnie wyrażał się Lutrze, uśmiechnął się nad tymi naszymi ekumenicznymi witrażami. Poza tym mają one wartość zabytkową, a przecież trudno się zaprzeć tego elementu ewangelickiej tradycji w naszej katedrze.

- Na zakończenie rozmowy, która ukaże się na początku roku 2007, proszę o dobre, ojcowskie słowo, życzenia w nowym roku dla czytelników „Latarni Morskiej”. To będzie rok 900-lecia zdobycia Kołobrzegu przez Bolesława Krzywoustego i 200-lecia „nie-zdobycia” miasta przez wojska napoleońskie.
- No to życzę wszystkim, by ten proces integracji, dzieło tworzenia małej ojczyzny na Pomorzu Środkowym był dobrze rozumiany i by trwał aż do czasu, gdy będziemy mogli powiedzieć w Koszalinie i w Kołobrzegu: „Dobrze pomnażamy milenijne dziedzictwo, boć przecież wszystko kim i czym dziś jesteśmy, zaczęło się wtedy, 1000 lat temu.” Kiedyśmy przygotowywali pieczęć diecezjalną, niektórzy się spodziewali, że będziemy się nazywać „diocesis colbergensis”. Tymczasem w Watykanie znaleziono najstarsze dokumenty ze słowiańską, choć zlatynizowaną nazwą i stąd „coslinensis-colubregana”. Wszystko zaczęło się w Kołobrzegu, a nie w Kolbergu. Stąd możemy spokojnie czuć się historycznie u siebie i być gościnnymi gospodarzami dla tych, co przybywają tu w przyjaźni. Oby pojmowali to i pamiętali o tym kołobrzeżanie i wszyscy diecezjanie.
Tu są nasze fundamenty materialne i o tym mówi archeologia, ale nade wszystko te duchowe, biblijne i kościelne - i to pokazujemy naszym życiem. Mamy na czym budować naszą życiową „przygodę z Opatrznością”. Życzę nam wszystkim błogosławionego Roku Pańskiego 2007.

- Dziękuję za rozmowę, którą zapamiętam jako moją własną przygodę z wielkim człowiekiem i życzę Ks. Biskupowi zdrowia i wszelkich błogosławieństw nieba.

Koszalin, 9.11.2006 r.


Latarnia Morska 1 (5) 2007