Ludwik Perney "Mięsopust", Agencja Wydawnicza GODDAM, Piaseczno 2010, str. 80

Kategoria: port literacki Utworzono: czwartek, 18, listopad 2010 Opublikowano: czwartek, 18, listopad 2010 Drukuj E-mail

Ludwik Perney - genotyp obecny od 1976 w Marku Radeckim. Marek i Ludwik spisują spostrzeżenia i sentymenty. Uznali, że najkorzystniejszą dla nich formą jest wiersz. "Mięsopust" jest ich literackim debiutem. Mieszkają na Podbeskidziu. Marek jest mężem i ojcem. Ludwik w sumie też. Takąż informację pomieszczono na okładce. Z której to wynika, że Ludwik Perney to pseudonim Marka Radeckiego. Autor, z sobie znanych powodów, przedstawił się tak, nie inaczej. Ma też swoją stronę w internecie www.perney.pl , gdzie znaleźć można trochę tekstów i wiadomości - czy coś przybliżających? Trochę tak. Lecz teraz skupmy się na jego debiucie poetyckim Mięsopust.

O czym nie wszyscy pamiętają, zwłaszcza zaś młodsi, słowo mięsopust (pochodzenia łacińskiego) oznacza ostatnie dni karnawału. To tak zwane ostatki, zapusty, popularny w naszym kraju "śledzik" - o długiej tradycji w naszym obszarze kulturowym. Przed nadciągającym okresem postu urządza się zabawy. Udatnie o tym pisał m. in. Zygmunt Gloger w Encyklopedii staropolskiej.
Tytuł, niczym strzałka busoli, wskazywać może taki właśnie kierunek. Tyle, że u poety nie ma mowy o dosłowności. Mięsopust występuje tu raczej jako metafora, pojemna metafora - mieszcząca w sobie szersze interpretacje.

Tomik poetycki zawiera, jak obszył, równo pięćdziesiąt utworów. Podzielonych na działy: "Ludwik Perney - miło nam", "Cztery dni w garniturach", "Abachi", Mięsopust" i "Omamy". A książkę zamyka ciekawe posłowie Karola Samsela "I odpuść nam nasze mięso...", podejmujące próbę krytycznego prześwietlenia strof debiutanta.
To strofy mocne, na swój sposób odważne i warsztatowo poprawne. Podczas lektury odnosi się wrażenie, iż autor jest twórcą dojrzałym, który przebył już sporą drogę na poetyckich traktach - a w każdym razie posiadł umiejętności dobrego poruszania się w słowie. Potrafi budować liryczne nastroje. Jak w utworze "Mirabelki", gdzie między innymi czytamy: O zmroku kamienie wmurowane w schody/ nabierają kolorów. Znikają resztki białej farby,/ którą dziadek malował pień mirabelki. Jest późne lato, nocą śliwki będą cicho spadały/ i turlały się do bramy. Żółta mirabelkowa ikra.
Jednak nie liryczne nastroje przeważają w tym zbiorze. Wspomniałam przed chwilą o strofach mocnych - i tak jest. Odzywa się tu kod kultury chrześcijańskiej (pewna polemika z nim) i przykazanie Jezusa z ostatniej wieczerzy (oto ciało moje, jedzcie; oto krew moja, pijcie) - jako znak wiecznego przymierza. Bo właśnie o zjadaniu (pochłanianiu) u autora Mięsopustu w rozmaitych kontekstach jest dużo (np. wiersz "Papacha"). Podmiot tych utworów, nieufny wędrowiec, uczestnicząc w ustawicznej uczcie świata, gdzie wszyscy "zjadają" wszystkich, usiłuje znaleźć w tym głębszy sens. Pokarmem jest nie tylko fizyczny posiłek. Pokarm stanowią też nasze marzenia i myśli, być może nawet czyny, a bez wątpienia życie jako takie ("zjadane" przez śmierć). Wiedza o tym jest iluzoryczna, bowiem wciąż skazani tu jesteśmy na wygnanie w sfery rozmaitych trybów przypuszczających. Jedynym pewnikiem wydaje się tu wątpliwość i niepewność.

Ludwik Perney nie ustaje w drążeniu, w poszukiwaniu, w refleksji. Jak w utworze "Kim jestem", pytając: Kim byłbym, gdybym przyjął myślenie jak ciepłą kanapkę?/ Wepchnął ją w siebie z postanowieniem, że strawię;/ bo dlaczego nie miałbym strawić - trzewia są sprawne./ Zawsze gdy czuję, że wierzę, szerzej otwieram oczy;/ jakbym zapewniał, że nikogo nie okłamuję - nawet siebie.
Jednak nieustanne tasowanie sacrum i profanum w Mięsopuście chwilami staje się męczące. Sugerowana czasem bezwyjściowość też. Być może bierze się to stąd, że mamy tu do czynienia z przerostem dominacji cielesności jako takiej (choć poetycko "smacznie" podanej). Jak choćby w jednym z ostatnich utworów tomu "Omamy - piosenka Jose de Acosty", gdzie czytamy:
O, mamo, chrząstki łączące płaty czaszki/ wciąż się nie zrosły, a w głowie roją się/ dziki - widzę długie szare szczeciny, mokre ryje/ - węszą niebażarte przed moimi stopami,// szukają bulw, soczystych korzeni, może trufli,/ rozpychają się, uderzają racicami w skronie,/ wbijają szpile w oczy, w gardło wsuwają chwost./ Kwasoród opad gdzieś niżej, muszę oddychać,// a w płucach wiją się węże. Nabieram powietrza/ ostrożnie, żeby żadnego nie ścisnąć, ostrożnie/ stawiam też kroki, żeby niczego nie kopnąć/ - o, mamo, żrą mnie prymitywne świnie.

Jaka suma? Mimo wszystko niezła. Wiersze te przekonują szczerością ziemskiego pielgrzyma, którym jest (bo być musi) każdy poeta. Przekonują polaryzacją nastrojów, zdarzającym się dynamizmem wersów i gorzkimi nieraz refleksjami. Ciekawa może być ewolucja tej poetyki - jeśli tylko nie skusi autora demon etycznego relatywizmu oraz zabawa słowem dla samej zabawy.

Wanda Skalska