Łucja Dudzińska „Membrana. Cyrkulacje”, Zaułek Wydawniczy POMYŁKA, Szczecin 2014, str. 92

Kategoria: port literacki Utworzono: poniedziałek, 23, listopad 2015 Opublikowano: poniedziałek, 23, listopad 2015 Drukuj E-mail


Edyta Kulczak

„WYSOKO PODNOSISZ NOGI, A I TAK SIĘ POTYKASZ...”

Człowiek w matni mechanizmów przyrody, w matni wytworów cywilizacji, będących kolejnym etapem naturalnego cyklu przemian - cyklu, który od punktu, od poczęcia zmierza przez apogeum rozwoju do schyłku, rozpadu i klęski. Człowiek w matni „szaleństwa katalogowania” (Umberto Eco), które przydziela mu liczby, numery, ustawia go w kolejności znaczeń, zgodnie z naturalną skłonnością do porządkowania, nadawania przejrzystości skomplikowaniu… Łucja Dudzińska powtarza założenia Peiperowskiej teorii poezji – eksponuje miasto, masę, maszynę w wersji uwspółcześnionej, buduje wiersze z cegieł ostatnich zdobyczy ludzkości (tv, internet, kevlar, gore-tex, segregatory, wózki, kadry 3D), które jak szara sucha nić kokonu owijają szczelnie jednostkę w każdym wymiarze istnienia, nie pozwalając jej, wbrew potencjalnym możliwościom, rozwinąć barwnych skrzydeł, skazują ją na głuchotę i ciasną samotność.

To nie pochwała dokonań ludzkiego umysłu, raczej eksponowanie ich destrukcyjnych i fatalistycznych mocy, objawiających się w zautomatyzowaniu życia, cyfrowaniu jednostki w ciąg liczb, utracie tożsamości i samoświadomości.

Widać mijanie czasu, dynamikę pozornej ewolucji, zmierzającą do degradacji człowieczeństwa – zdziera się skórę, otwiera żyły, kaleczy, zadaje ból, rozłupuje skorupę:

(…) słońce / rozsiewa swoje drzazgi. Wbijają się w rytm / układania na półce ciągu skaleczeń. Orzech / z rozłupanej skorupy jest bezbronny, rozum / nie wszystko tłumaczy. Schyla się, szukając / reszty – nie wydaje („Tolerancja. Zbiory”, s. 14)

Biologiczność i duchowość ustawiona jest naprzeciwko, a może bardziej, w środku cywilizacji i urbanizacji – słychać, powodujący nerwowe napięcie łoskot, szum, widać anonimowość mas ulicy, dyktat środków masowego przekazu, grę pozorów i uprzejmości.

Tymczasem „spokój pachnie obiadem, lasem. Równa się chęci zbierania owoców tarniny”(s.14), zasady „wykrochmalone babciną ręką układają się ryzykownie jedna na drugiej”, „obecnie można sobie wszystko odpuścić”(s.15).

Człowiek-robot to wytwór współczesności, którą sam wykreował. Ustanowił szyfry, kody, piny, pesele, opisał matematycznym ciągiem każdy aspekt istnienia i współistnienia. Owija go szum przestrzeni, którą zagospodarował, która przerosła możliwości jego percepcji, nie może zatem nadążyć, by czułkami swojej głowy wyłowić, wychwycić wszechogarniającą go informację - nadawanie, odbieranie. Staje się ona bełkotem, chaosem, drażniącym brzęczeniem… Idee rozprasza „społecznościowy spleen” (anteny na dachu trzymają pion, nadsłuchują, co się mówi dookoła. Mówią Mówią…, str.50). Wyobcowanie z natury i wtłoczenie w nową pseudonaturę, doprowadza do przerażającej konkluzji: „za darmo chwytam tlen”(s.50). Ludzki element wielkiej cyberkonstrukcji na platynowych stykach momentami iskrzy prawdą, ale gniecie się ona, rozprasza we wnętrzu następnej machiny – internetu, gdzie miksuje się w papkę sztucznych zachowań, słów, pozorowanych pomysłów, aby dostać kciuk do góry – to jego perspektywa, przyszłość, teleprzyszłość.

(…) I tylko mamy wrażenie, że powiedziano /  wszystko. Trzeba przytakiwać ze zrozumieniem, / mimo niedopasowania do teorii. („Szyfry i kody”, s. 50)

Tomik Dudzińskiej jest w pewnym sensie opowieścią o słowie (raz ciężkim spadającym na dno, raz „lekkim, okrągłym”, lecz tłustym jak oka na rosole), o sztuce tworzenia (kilka wierszy z dziedziny ars poetica), samotności tworzenia jako powtarzaniu kreacyjnego aktu boskiego:

(…) Nikt nie / wie, jak wygląda samotność tworzenia. Bóg rzeźbi świętych, / wkłada w ręce krochmalone lilie. Ty i ty możesz być Marią / Magdaleną, a ty zostaniesz czyjąś Madonną. Twoje dziecię / trzyma początek świata. („Początek. Rysy”, s. 13)

Ewoluowanie słowa jest pętlą, zatacza koło jak wszystko w Heglowskiej triadzie przemijania – od prapoczątku, prawieku, gdy dziecko uczy się mówić (tu do porozumienia wystarcza sylaba!) przez bogactwo dojrzałości (gąszcz znaczeń, przenośnych rozumień) aż do wielce semantycznego odgłosu „styropianu na szkle” – zgrzytu, pojedynczego dźwięku, tak jak Herbertowskiej jednej głoski „a” w wyciu obdzieranego ze skóry mistrza Marsjasza stworzonego na wzór i podobieństwo… by na powrót stać się ciszą…

Ktoś gniecie w kulkę, / chowa do ust, później nadmucha balon. Odleci, / rozdrażni cumulusy, pęknie. Wszystkie ścieżki / w górę rozprysną się w głęboką noc. („Cyrkulacje. Przebudzenie”, s. 12)

Cisza jest znakiem końca i osamotnienia. Słowo wraca do milczenia, człowiek zwija się w embrion, kuli do punktu, do pojedynczego ziarna ziemi. To w wymiarze indywidualnym, a społecznym - wraca tam, skąd przybył, do praprzeszłości bezcywilizacyjnej, gdzie dominowało prawo siły, czujności, gotowej do walki pięści. W wersji dzisiejszej ucieleśnia ją mrok pubów, słów na pokaz, pewny siebie wyraz twarzy, błyszczące cekinowe ubrania, które krzyczą dwoiście – odstraszają wrogów błyskami potencjalnej siły i przyciągają wzrok przyjaciół, wołając o pomoc.

(…)Lepszy będzie /  sen, gdy się zwiniesz, skulisz w sobie, w pięść. / Grunt to nie patrzeć w słup, nie leżeć na wznak, / nie splatać rąk… (Sen i jawa wciśnięta w całun). / Aby nie narodzić się na śmietniku, na popiołach / - bez walki. („Embrion”, s.9)

Zabrakło w domu chleba, życzliwych telefonów. / Bez powiększania pod lupą wiele się nie zobaczy. („Embrion”, s. 9)

Zewnętrzna skóra - kostium na pokaz jest wyrazem lęku przed innym człowiekiem, lęku o własną tożsamość i odrębność, którą starają się zrównać sondaże, ankiety, opinie. Wraz z rozwojem cywilizacji człowiek chroni swoje wnętrze, coraz bardziej separując własne ciało od otoczenia, najpierw malowidłami, tatuażami (odstraszającymi złe moce), trawami i liśćmi, wreszcie ubraniami.

Świat owinięty wokół ciebie szuka czułych miejsc / po omacku. Dobrze zmienić skórę w gore-tex, bo /  pozwoli oddychać, a złe nie wpuści do środka. / Umrze w dłoni, gdy schwycisz i zaciśniesz w pięść. // Po uderzeniu w kratkę kartki rozlegnie się pogłos. / Ostry. Przejmie cały atak na włókno, jak kevlar („Membrana. Cyrkulacje”, s. 67)

Powtarzają się motywy biblijnych dziejów stwarzania świata i człowieka - kuszenie przez węża zawieszonego na drzewie, który końcem języka szuka delikatnego nieosłoniętego miejsca, przeczuwając, iż pod twardą skorupą kryje się czuła membrana; widać nieograniczoną moc ludzkich możliwości tworzenia, istnienie metafizycznej siły determinującej… Mimo pesymizmu wyzierającego z większości wierszy, czuje się napięcie i walkę, rzadziej rezygnację i stagnację. „Twarze wyjęte z tłumu(…) rozgrzane blaskiem, pną się, zmieniają w słoneczniki. Raz pokazują wnętrze, raz lustrzane odbicie. To zwykłe figury”(s. 53).

Anonimowe tłumy jak ciągi liczb przesuwają się w rytm odliczeń, przeliczeń, porządku zer i jedynek, elektronicznego zakwalifikowania, zewidencjonowania, potwierdzając smutną teorię, że człowiek nie jest w stanie pokierować własnym losem, role zostają z góry rozdane, elektroniczne ścieżki przydzielone, „ktoś układa pasjanse”, tasuje, rozkłada na nowo. „Kręgosłup traci pion” ("Pół – światy", s.53), a jednostka traci możliwość suwerenności wyborów i decyzji. Tęsknocie za byciem częścią natury towarzyszy poddanie się łańcuchowi zdarzeń wprowadzającemu monotonię rozczarowań i zwyczajności, tracenie złudzeń, trzebienie pragnień, szlifowanie samego siebie na wzór szablonu ogólnych oczekiwań. Postawa zachowawcza i postawa zgody daje bezpieczeństwo, spokój, akceptację w stadzie.

Tyle w nas przyjemności, przebudzeń, przeczuć. / Nie można wszystkiego powiedzieć, więc zaprzeczaj. („Pogoń. Żądza”, s.43)

(…) Wszędzie silą się umysły na pomysły, / dookoła mrok i żal, że czegoś nie zobaczysz. („Statystyczna próbka”, s.55)

Człowiek współczesny głęboko wrośnięty w klimat i specyfikę cywilizacji zrasta się z nią organicznie, asymiluje niemal fizjologicznie. Tak samo naturalnie tkwi w nim ciągle tęsknota za byciem elementem przyrody. Ks. Michał Heller (Dar Darwina, „Tygodnik Powszechny”, nr 23/ 2005) napisał, iż „akt stwórczy mieści się i działa w istnieniu wszystkiego, co jest”. Zatem plaga, która właśnie nastała, jest częścią aktu tworzenia, zamysłu boskiego wobec człowieka.

Korzenie zagubione pośród liści bez chlorofilu moszczą / sobie drogę (wiją się), grzejąc grzbiety w jesiennym blasku. / Rozsadzają beton… („Pożegnanie. Koniec”, s.72)

Wiersze Łucji Dudzińskiej przypominają gipsowy odlew – zapis przywołuje na myśl proceduralne protokołowanie obrazów, sprawozdanie ze zdarzenia, quasi naukowy wywód, strzelanie hasłami jak z reklamy, receptami ostrzeżeń i zaleceń. Stąd w składni czas teraźniejszy, tryb rozkazujący, równoważniki zdań, terminy specjalistyczne z różnych dziedzin nauki ( w samych tytułach: inercja, membrana, cyrkulacje, ewidencja, akustyka, embrion, ewolucja, retrospekcja, tolerancja, osmoza, manewry, iniekcja), tezy i antytezy. Obok gry obrazów – gra pojęć. Ciąg asocjacyjny syntetyzuje rozbite obrazy i spostrzeżenia w całość. Jak z relacji wielu świadków wypadku, daje się odtworzyć prawdziwy przebieg wydarzeń. By zachować „proporcje” (s.10) czasem przez wiersze przebija nieśmiało romantyczne (?!) widzenie świata, człowieka obdziera się ze skóry, wyrywa mu żyły, a dawcę życia określoną jako „szaro-czerwoną pięść” bijącą w środku, nazywa się zwyczajnie „sercem”.

Trzeba spreparować przepaść, taką z przestrzenią, gdzie / można się wznosić i nie spadać. Niech to będzie dolina. / Niech będzie zielona od wiosny. („Proporcje”, s.10)

Gdyby rzeczywistość była skończona, gdyby skończona była liczba możliwości i zdarzeń, większość zjawisk jawiłaby się jako przewidywalna i jasna. Aby stała się zrozumiała w kontekście jej skomplikowania i wielowymiarowości, człowiek dokonuje podświadomej aproksymacji, stwarza model, hipotetyczną projekcję zdarzeń, zjawisk ludzi. Wielowymiarowość jest do pojęcia tylko dzięki stosowaniu wzorca, dopasowaniu do wielowymiarowej przestrzeni wersji przybliżonej. Uproszczenia stosujemy, by świat stał się oswojony – bezpieczny i zrozumiały. To naturalna, niekontrolowana, samozachowawcza skłonność ludzkiego mózgu. Odbywa się ona pewnym kosztem – w upraszczaniu, przybliżaniu do średniej, istnieje ryzyko pominięcia niezwykłości, niecodzienności, odmienności, indywidualności, zgubienia sedna, istotnej wartości, która nie jest modelowa, która odbiega od standardu.

Nie przeskoczysz! / W radiu podają suche relacje o przekroczeniu mokrych / stanów. I tak zaczyna się powódź – łączy tragedię ziemi / z niebem. Ty swoje myśli puszczasz z dymem. Będzie /  przeciskał się między kratami żaluzji, zrobi chmurę / wiszącą nad światem. / Wszyscy czekają na przejaśnienie. („Osmoza”, s.41)

Wybierasz jedną z możliwych dróg; burzysz porządek, / by usprawiedliwić przypadek. Instynkt nada kierunek, / zasłoni twarz („Spacerownia. Wakacje”, s.23)

Łucja Dudzińska „Membrana. Cyrkulacje”, Zaułek Wydawniczy POMYŁKA, Szczecin 2014, str. 92

Edyta Kulczak

 

 

Przeczytaj też w tym dziale niżej recenzję zbioru poetyckiego Ł. Dudzińskiej Z mandragory (2013) – autorstwa E. Kulczak