Anna Augustyniak „Kochałam, kiedy odeszła”, Wydawnictwo NISZA, Warszawa 2013, str. 196

Kategoria: port literacki Utworzono: czwartek, 12, czerwiec 2014 Opublikowano: czwartek, 12, czerwiec 2014 Drukuj E-mail


Edyta Kulczak

„ A PRZECIEŻ MIELIŚMY CZARNO NA BIAŁYM NAPISANE…”

Wszystko dzieje się na granicy niedorzeczności i absurdu, jawy, snu, podszeptów ogłupiałej intuicji, lęków, surrealistycznych i boleśnie realistycznych obrazów… Mierzenie się z tabu śmierci w książce Anny Augustyniak Kochałam, kiedy odeszła. Relacja z umierania matki - tak osobista i naturalna, że wymaga czytelnika na wskroś dojrzałego, mocno otwartego na człowieka we wszelkich przejawach i momentach jego istnienia i nieistnienia, na naturę we wszelkich przejawach jej piękna i skrajnej brzydoty, na Boga desakralizowanego i wynoszonego ponad wszystko…

Bohaterka pamiętnikarskiego zapisu traumy związanej z odchodzeniem najbliższej osoby – Matki – wchłania w siebie śmierć, odziera ją z patosu, przybliża do zwyczajności. Śmierć jest tu najbardziej ludzka z rzeczy ludzkich, współistnieje z życiem, współistnieje z miłością. Od pierwszych stron książki miłość i śmierć splatają się ze sobą – ktoś buduje, wita swój świat, ktoś go żegna i odchodzi, pogrążając się w niebycie po traumatycznych fizycznych cierpieniach. Dwie osoby, matka i córka, jedna z drugiej – przebite jednocześnie dwiema strzałami – śmierci i miłości. Wszystkie miłości i śmierci przenikają się.

Portret. Konająca matka przybiera różne formy i kształty. W wyobraźni i wspomnieniach córki jest najpierw seksowną młodą kobietą, która zaczyna żyć. Ze staranną drobiazgowością opisuje ona jej fizyczne piękno – włosy, skórę, szyję, usta, ubiór. Potem staje się panią domu, przyjaciółką swoich córek, partnerką męża, aż wreszcie wchłanianym stopniowo przez ciemność (carcinoma mammae w postaci najbardziej złośliwej ) strzępem bolesnej pokurczonej cielesności. Matka rośnie, dojrzewa. Pokaleczona chorobą, spalona medycznymi zabiegami linieje jak zwierzę, zrzuca skórę, pancerz chitynowy, by na powrót stać się młodą dziewczyną z jaśniejąca twarzą, oddającą się Bogu.

Wędruje od jasności przez ciemność, destrukcję i rozpad do prapoczątku, kosmologicznego punktu wyjścia. Przemierza przestrzeń i czas z trójką sprzysiężonych aniołów ziemskich (rodzina). To przechodzenie - to koszmarny karnawał, dotknięcie chaosu, dance macabre i dionizyjski orszak jednocześnie, poruszające się w rytm dezorientującej muzyki – szybkiej, szalonej, dyskotekowej, czasem – sennej, w tańcu jakby chocholim; raz przy fragmentach żartobliwych piosenek weselnych (i rym cym cym i tralala…), innym razem przy satyrycznych, groteskowych modlitwach do świętych relikwii, by powrócić w bezsilności do prostych wyznań skierowanych ku jedynemu Bogu:

Panie Boże, otwieramy bramy raju, szybko, moja mamuśka się zbliża. […]Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas. Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami.

Korowód snuje się przez obszary potęgującego się cierpienia: dom, wiadomość o chorobie, szpital, mastektomia, hospicjum, ostatnie namaszczenie, agonia, sterydy, cewnik, morfina, śmierć, trumna, koronki, sęki, welur, kościół, msza, kondolencje, kondukt, cmentarz, grzebanie zwłok, stypa… Dochodzi do pogmatwania wartości, świat dosięga dna, ludzie gubią się, mieszają z bogami.

I ten lekarz, który mówi, że to, co teraz czujesz, jest niewyobrażalne dla nas. Nie ma już kategorii dla takiego bólu, proszę państwa. Twoje męczeństwo. Stopa Chrystusa przebita na krzyżu. Krew płynąca po prześcieradle. I ojciec, który mówi: To nie ma znaczenia, upiorę. Ból doprowadza do konsekracji - matka przeistacza się w Jezusa niosącego krzyż. Teraz można się do niej modlić:

Któraś za nas cierpiała porodowe rany, zmiłuj się nad nami. Zmiłuj się nade mną, matko moja.

Transcendentalny karnawał stoi na pograniczu życia i śmierci, szaleństwa związanego z utratą kontroli nad światem. Łączy wydarzenia i zachowania, które wydają się drastycznie sprzeczne – powagę ze śmiesznością, patos z wulgarnością, duchowość z obscenicznością. Budzi grozę, wyrażającą się nerwowym śmiechem, pomieszanym z płaczem. W książce Augustyniak tworzą go naturalistyczne obrazy umierania, zaklinania rozpaczy. Brzuch matki pokryty plamami po zastrzykach przypomina mapę świata, przy której zbiera się na wymioty, jednocześnie bohaterka chciałaby mieć matkę zawsze przy sobie w postaci maski pośmiertnej, której zakamarki mogłaby przeszukiwać językiem, natrafiać na pozostawione fragmenty skóry, na rzęsy, brwi.

W sprzeczności z konwencjonalnymi wyobrażeniami pozostaje ceremonia pogrzebu, kiedy córce zamiast łez, na twarz ciśnie się uśmiech, radość, chce biec od ołtarza ku nowemu życiu, ku odrodzeniu, którego preludium stanowi właśnie śmierć. Ciało – ziemska świątynia człowieka pogrąża się w ruinie (Jadę do ciebie. Do jakiej ciebie?). Rozpad struktury na części elementarne, amorficzny chaos jest potrzebny do rewitalizacji, odnowienia, utworzenia nowych jakości, zmartwychwstania, które przywróci bieg mikro- i makrokosmosu na właściwe od wieków ustalone tory. Następuje cisza, konsolacja, wyrażona zadziwiającym epifenomenem: Zasypuję radościami tamten pochówek w sobie. Już nie ma ciała rozgryzanego przez cierpienie, rozrywanego bólem, rozcieranego piekącym jęzorem ognia, połkniętego przez ziemię. Wesołe jest życie bez smutku.

Karnawałowi w rozważaniach eschatologicznych towarzyszy karnawał różnorodności form. W prozie Augustyniak wyraża się on w zestawieniu fragmentów poważnych, lirycznych, elegijnych z naturalistycznymi, turpistycznymi, mieszaniu opisów rozkładu, chaosu, bólu oraz uniesienia i szczęścia. W tok narracji autorka wplata pieśni religijne, symbole i znaki z literatury, sztuki malarskiej, terminy medyczne, wyliczanki, sparafrazowane piosenki, a także slogany i wyrażenia wulgarne. W ten sposób zobrazowana zostaje ewolucja świata – przejście od porządku do chaosu, przekształcanie się cielesności matki – od pięknej kobiety do bomby biologicznej pełnej gazów czy stosunku bohaterki do Boga, kiedy pełne pokory pieśni i modlitwy przeplatają się z bluźnierstwami:

Słuchaj, Izraelu, Słuchaj, Izraelu, Pan jest twoim Bogiem, Pan jest jedyny, śpiewam i zaraz obok: Boże, któryś stworzył niebo i ziemię i okłamał mnie, śmierć nie jest życiem. Odkąd moja matka umarła na amen, już ci nie wierzę. Mam w dupie nagrodę za męczeństwo i mięso, które powstanie z martwych.

Miłość… Miłość do tej, z której jest. Miłość do mężczyzny. Ratunek. Powrót. Kochałam, kiedy odeszła. Kochała ją odchodzącą, kochała jego – wstępującego. Ją ubierała w pogrzebową sukienkę, jego – rozbierała z koszuli dla miłości. Jego i matki oczy patrzyły na nią tak samo kochająco. Odwiedzając go pierwszy raz z bukietem słoneczników, zgubiła jeden płatek, był jak strącona łza. Pobiegła potem nakarmić umierającą matkę kompotem – łyżeczka po łyżeczce… Odprowadzając ją do grobu, podniosła z posadzki kościoła płatek róży – zaczęła rozdawać uśmiechy jak panna młoda, chciało jej się podskakiwać z radości. Wracała do niego z nią w środku… Czas i przestrzeń zatoczyły koło…

Anna Augustyniak „Kochałam, kiedy odeszła”, Wydawnictwo NISZA, Warszawa 2013, str. 196

Edyta Kulczak