Wojciech Eichelberger - Dlaczego mężczyźni zabijają?

Category: rozmowa latarni Published: Tuesday, 22 December 2009 Print Email

Z psychologiem, terapeutą i pisarzem Wojciechem Eichelbergerem rozmawia były myśliwy Zenon Kruczyński

Dlaczego mężczyźni zabijają?

- Dlaczego mężczyźni zabijają?
- Przypuszczalnie w rozwoju gatunkowym człowieka był taki czas, kiedy nie posiadaliśmy samoświadomości i wynikającego z niej poczucia egocentrycznego oddzielenia od całej reszty istnienia. O takiej możliwości donoszą mity i objawienia religijne. Jeśli dajemy im wiarę to musimy uznać, że ludzie owego czasu żyli instynktownie, w zgodzie z nadrzędnym zmysłem i zasadą działania przyrody – a więc zabijali tylko po to, by życie mogło rozwijać się i trwać. Zabijali niewinnie. A niewinnego, nieświadomego zabijania stanowiącego niezbędny element funkcjonowania ekosystemu świata – zabijania służącego podtrzymaniu życia – nie można nazwać zabijaniem w znaczeniu ludzkim. Dla zwierząt zabijanie jest naturalnym przejawem życia, wyrazem powszechnego i demokratycznego prawa i zobowiązania by żyć, bronić „swojej” formy istnienia, wyżywić się i rozmnażać, a zarazem pozwolić żyć i rozmnażać się innym – co zakłada bycie dla innych również pożywieniem. Gdybyśmy pozostali na tym – w najlepszym sensie tego słowa zwierzęcym – etapie rozwoju, to zabijalibyśmy do dziś tak niewinnie jak lew zabija gazelę, szczupak płoć, a jastrząb królika. Jednak od czasu, gdy – zgodnie z uniwersalnym religijnym przekazem – w naszym ludzkim umyśle zakorzenił się pierworodny grzech, czyli świadomość odrębnego Ja. Ulegliśmy złudzeniu, że nie należymy już do tego świata. Pozbawiliśmy się naszego nieuświadamianego dziedzictwa; jedności i identyczności z wszelkim istnieniem, które jest naturalną i oczywistą rzeczywistością wszystkich innych istot. Od tamtej pory czujemy się już włączeni w doskonały organizm wszechświata, nie oddychamy jego oddechem tak jak lew, tygrys, wilk, orzeł, jastrząb, rekin czy mrówka. Dlatego też nie potrafimy dostrzec, że zwierzęta nie zabijają. Nie potrafimy sobie wyobrazić braku poczucia odrębnego, indywidualnego istnienia – więc myślimy o nich tak jak by były ludźmi.
A słowo „zabić” ma jednoznacznie ludzkie, agresywne konotacje. Gdy lew „zabija” gazelę to nie ma tam nikogo, kto „zabija”, ani nikogo kto jest „zabijany”. Przyroda jest jednym bytem, jedną osobą, jedną duszą. Nie może nikogo zabić, bo nic nie jest na zewnątrz niej. Żywi się sama sobą. Umierając – odradza się i odradzając się – umiera. Zabijanie ma miejsce wtedy, kiedy towarzyszy mu poczucie odrębności, poczucie „ja” i związana z nim intencja, a także uczucie chciwości, nienawiści, przyjemności czy satysfakcji. Patrząc na świat oczyma „ja”, naszą egocentryczną, wyodrębnioną egzystencję rzutujemy na świat przyrody, dzieląc to, co niepodzielne i niesłusznie przypisując zwierzętom nasze intencje, nasze uczucia i naszą świadomość. Tak jak byśmy pragnęli dzielić ze zwierzętami naszą gatunkową samotność i nie chcieli wiedzieć, że na tym świecie naprawdę zabija tylko człowiek – jedyna istota w pełni świadoma siebie; wygnaniec z Raju i odszczepieniec, który rajską, nieuświadomioną jedność zamienił na iluzję uświadomionego oddzielenia, a całą duszą tęskni za jednością uświadomioną. To w imię tej tęsknoty od początku dziejów tworzymy religijne metafory, mity i praktyki, które mają nas obudzić z egocentrycznego snu. To w imię tej tęsknoty religijne, moralne i prawne kodeksy świata uznają zabijanie za najbardziej dramatyczny i brzemienny w negatywne duchowe skutki błąd człowieka – a wyrzeczenie się zabijania za konieczny warunek powrotu do stanu pierwotnej prawdy i łaski. Bowiem odkąd nasza instynktowna umiejętność zabijania wprzęgnięta została w służbę oddzielonego ja – zbyt łatwo staje się nienasyconą morderczą pasją. Ale nie chodzi tu o wyzbycie się naszej biologicznej, instynktownej umiejętności zabijania, której w szczególnych okolicznościach, w imię ochrony i podtrzymania życia, powinniśmy potrafić użyć – lecz o realny i świadomy wybór nie-zabijania.

- Zwierzęta nie mają wyboru?
- Pojęcie „wyboru” nie ma w odniesieniu do zwierząt zastosowania. Gdy patrzymy na przyrodę, to widać wyraźnie, że życie karmi się śmiercią, a śmierć karmi się życiem. Dzięki temu dialektycznemu procesowi życie trwa, poszukuje optymalnego stanu równowagi i rozwija się.
Zwierzęta nie pozostają w jakiejkolwiek relacji do świata; ani go nie kochają, ani go nie nienawidzą – są światem. Całkowicie otwarte, pokorne i niewinne są przejawem działania jednego organizmu, niewyobrażalnej całości, jaką jest nie tylko ziemia, ale cały wszechświat.

- Dlaczego religie tak mało skutecznie ochraniają dziki świat przed ludzkim zaślepieniem?
- Niestety wiele z naszych religijnych i moralnych kodeksów grzeszy antropocentryzmem i nie odnosi potępienia zabijania do świata istot innych niż ludzie. Stąd bierze się powszechne moralne przyzwolenie dla masowego zabijania zwierząt hodowlanych, a także dla zabijania rekreacyjnego, czyli myślistwa.
Ponadto – paradoksalnie – nasza religijność nader często służy iluzji oddzielnego Ja, uznając je za boskie dzieło, swoistą replikę osobowego Boga, wyróżnienie i świadectwo wyjątkowej pozycji człowieka we wszechświecie. Znamienne, że mimo to, z pokolenia na pokolenie, tak wielu ludzi pragnie wyzwolić się ze złotej klatki „ja” i intuicyjnie poszukuje drogi ku pojednaniu ze światem. Zanim ją jednak znajdziemy w naszych relacjach ze światem, przyjmujemy dwa rozwiązania: albo stosunek do świata przyrody przeżywamy w klimacie macierzyńsko-opiekuńczym, albo jest on arogancki, wyższościowy i wrogi. Choć oba rozwiązania, w równym stopniu, czynią z nas pozbawione elementarnej pokory odrębne podmioty, umieszczone na zewnątrz uprzedmiotowionego świata, to należy przyznać, że postawa opiekuńczo-macierzyńska stanowić może dobry krok na drodze ku uświadomieniu jedności życia.

- Ale obie postawy wynikają z tego, że czujemy się panami tej Ziemi?
Tak właśnie. Nieświadomi statusu grzesznych wygnańców ze zjednoczonego świata, uzurpujemy sobie pozycję jego władców albo zbawców – czyli tych, którzy mają prawo świat sobie podporządkować. Zgodnie z tym co zapisano w Biblii, mamy ponoć na to nawet boskie przyzwolenie.

- Czyńcie sobie ziemię poddaną?
- Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi. (Gen. 1,28)
Aż się nie chce wierzyć, że to tak miało brzmieć. Wolę uznać, że mamy tu do czynienia z przekłamaniem dokonanym w imię uzasadnienia egocentryczno-patriarchalnej dominacji nad przyrodą.
Dlaczegóż Bóg, miast harmonii i jedności z całym światem skłaniać by nas miał do konfliktu i dominacji? Przecież słuchając tego zalecenia i praktykując je przez wieki doprowadziliśmy świat do krawędzi katastrofy. Czy to nie wystarczający powód na to, że coś tu jest nie tak z tłumaczeniem lub z interpretacją? W przeciwnym razie należałoby uznać, że Bóg chciał ludziom i światu zaszkodzić. Czyż nie wyszlibyśmy na tym lepiej, gdyby ten zapis brzmiał na przykład tak: „Pozostańcie z Ziemią w jedności i harmonii, zaufajcie jej i troszczcie się o nią, a odnajdziecie utracony Raj”?
Ale jest tak, jak jest. W rezultacie nasza tęsknota za rajskim dziedzictwem stała się kołem zamachowym kultury i cywilizacji, stworzyła religię, sztukę, filozofię, literaturę, naukę i medycynę – a także obsesyjne poszukiwanie utraconego raju przez nabywanie i posiadanie rzeczy.

- Lecz jak to się ma do myślistwa?
- Myślistwo jest tak ważne dla wielu mężczyzn, ponieważ zrosło się z patriarchalnym stereotypem mężczyzny i z patriarchalnym dziedzictwem kulturowym, w którym wszyscy uczestniczymy; ten jest najważniejszy i ten ma władzę, kto dostarcza żywności i umożliwia przetrwanie potomstwu. Patriarchat został zbudowany na dwóch fundamentach: na odkryciu udziału męskiego nasienia w prokreacji i na większej sprawności ludzkich samców w polowaniu – co przy braku rozwiniętej kultury rolnej i hodowli dawało mężczyznom władzę i uzasadniało ich dominację.
Z czasem rozwój rolnictwa i hodowli uczynił myślistwo jako sposób zdobywania żywności zbędnym i rozpoczął się powolny proces społecznej emancypacji kobiet. Myślistwo stawało się w coraz większym stopniu jedynie męskim obyczajem i rozrywką. Wydaje się, że obecnie nabiera ono wręcz charakteru rytualnego, rytualnego jego etycznie podejrzane atrybuty zostały tak zracjonalizowane, że uczyniły z niego coś w rodzaju religijnej praktyki patriarchatu. Na myśliwych można więc spojrzeć jak na sektę uprawiającą kult mężczyzny jako istoty wyjątkowej, powołanej do tego, by czynić sobie ziemię poddaną.
Jeśli kiedykolwiek „sekta myśliwska” miała inną rację bytu niż poprawianie męskiego samopoczucia swoich członków – to z pewnością już dawno ją utraciła. Świat, by trwać, nie potrzebuje myślistwa. Mało tego – powinien się go wyrzec. Ludzkość po ty, by mogła przetrwać najprawdopodobniej będzie musiała wyrzec się także hodowli zwierząt, która pożera lasy i zatruwa środowisko. Musimy się kompletnie zreformować, wyrzec tego wszystkiego, co do niedawna wydawało się być strategią wystarczającą dla przeżycia gatunku. W świetle konieczności tak radykalnej zmiany kult, który uprawia „sekta myśliwych”, jest całkowicie anachroniczny. W zachowaniu myśliwych widać rozpaczliwą potrzebę podtrzymania patriarchalnej iluzji. Wiele naszych ludzkich instytucji służy podtrzymywaniu różnych iluzji – na przykład iluzji ludzkiego szczęścia. Ale „doktryna myśliwska” wyróżnia się skrajnym, sekciarsko-ideologicznym myśleniem tworząc zamknięty system poglądów i wierzeń, które się samo-potwierdzają i są całkowicie odporne na racjonalny krytycyzm. Najbardziej niebezpieczne jest jednak to, że grupie swoich wyznawców sekta ta gwarantuje przywilej ideologizowanego zabijania dla przyjemności.

- Zgodnie z konstytucją, dzikie zwierzęta są własnością państwa. Teoretycznie myśliwi i ludzie niepolujący są w sytuacji równoprawnej co do tej sarny, którą – gdy byłem na spacerze z synem – obserwowaliśmy na łące. Nie wiemy, że za chwilę ma być trafiona przez ukrytego gdzieś myśliwego celnym strzałem „na komorę”, czyli w serce. Lecz jeżeli nie zgodzę się na jej zabicie, to moje prawa nie istnieją. I chociaż jesteśmy równoprawnymi obywatelami tego samego państwa – ta sarna zostaje zastrzelona i wypatroszona. Jesteśmy z Jasiem pozbawieni szans na to, by nasza potrzeba oglądania tej cudnej, rudej sarny na łące była brana pod uwagę. W ogóle nikomu nie przychodzi do głowy, że mamy w tej sprawie jakiekolwiek prawa. Zostawia się nam parę kilogramów jelit i kilka litrów krwi wsiąkniętej ziemię i na trawie. Natomiast ci, którzy to robią dla hobby, dla rozrywki, dla tak zwanego męskiego sportu, są w porządku – mają szczególne prawa. Myśliwi, aby móc zachować status quo, nie mogą brać pod uwagę tego, że pozostali obywatele, ci nieużywający sztucerów, są równoprawni wobec tej sarenki na łące.
- Trudno jest obudzić w naszych umysłach nawet tę, wydawałoby się oczywistą świadomość, że ziemia jest naszym wspólnym dziedzictwem i naszą wspólną odpowiedzialnością. Jeszcze trudniej uświadomić sobie prawdę o jedności wszystkiego, wszystkiego więc to, że ziemia to my – a my to ziemia. Dlatego łatwiej jest oburzyć się na to, że myśliwi zabijają naszą wspólną, ogólnoludzką własność, niszczą wspólne dobro, a trudniej na to, że myśliwi zabijając zwierzęta zabijają nas i siebie.
Chciałoby się oskarżyć myśliwych o zawłaszczanie świata zwierząt i uzurpowanie sobie prawa do sprawowania w nim krwawych rządów, lecz okazuje się, że to co wygląda na uzurpację nie jest nią ani wobec praw boskich – zgodnie z tym jak są one przedstawiane w większości religii – ani wobec praw ludzkich. Myślistwo istnieje i funkcjonuje w autorytecie prawa i powszechnej moralności. Prawa te zostały myśliwym demokratycznie nadane. Można powiedzieć, że myśliwi mają społeczny mandat na zabijanie zwierząt. Nikt go dotąd nie cofnął i nie cofnie dopóki nie zmieni się w tej sprawie powszechna świadomość. Dodatkowa komplikacja polega na tym, że ludzie związani z myślistwem często są tymi, którzy prawa stanowią. Od wieków bowiem zabijanie dzikich zwierząt było przywilejem dzierżących władzę i wpływy.

- Prawo nie zabrania zabijania, tylko mówi, co cię może spotkać, gdy zabijesz. Niektórzy ludzie wydają się być poza prawem. Mogą wysłać „swoją armię”, by zabiła ile tylko może ludzi z „obcej armii”.
- Tak, oczywiście, ale trzeba mieć na to przyzwolenie demokratycznych instytucji. Gdy dostanie się to pozwolenie, to zgodnie z ludzkim prawem zabić wolno. W tym miejscu, nie po raz pierwszy, stajemy wobec zasadniczego pytania: czy człowiek ma prawo dawać sobie prawo do zabijania?

- Mówisz o zabijaniu w ogóle?
- Tak. Pomyślmy najpierw o tym, co może stanowić wystarczającą moralną rację do zabicia zwierzęcia. Wydaje się, że jest nią z pewnością zagrożenie śmiercią głodową. Taki jest niepisane prawo przyrody: jesteś głodny – możesz jeść. Ale okazuje się, że z punktu widzenia zjednoczonego umysłu i zjednoczonego świata nie ma powodu aby nawet z tak oczywistej racji korzystać.
W tym kontekście warto przytoczyć dwie przypowieści. Pierwsza to opowieść o młodym człowieku, którego uznano za wcześniejsze, a więc nie w pełni jeszcze przebudzone, wcielenie Buddy. Pewnego dnia szedł przez dżunglę, a panowała straszna susza. W zaroślach zobaczył wychudzoną tygrysicę, która miała wokół siebie kilka płaczących z głodu kociąt. Nie miała siły nawet się podnieść. Wtedy młody człowiek, by uratować życie tygrysicy i jej potomstwu, ofiarował jej do zjedzenia swoje ciało.
Ta trudna przypowieść pokazuje na czym praktycznie polegać może bycie jednym ze światem. Człowiek stawia się ponad porządkiem przyrody i nie pozwala się zjadać nikomu. Z drugiej strony jednak sam zjada niemal wszystko, co mu w ręce wpadnie.
Druga historia, to rzecz o mnichu wiele dni idącym przez rozpaloną słońcem pustynię. Całą drogę towarzyszył mu wygłodniały sęp, który czekał aż wędrowiec padnie z wyczerpania. Ale mnich wytrzymywał trudy i dotarł do końca pustyni. Wyczerpany sęp utracił ostatnią szansę na przeżycie. Wtedy mnich wyjął nóż, wyciął sobie kawałek pośladka i rzucił na pożarcie sępowi.
Jakże to krańcowo różna postawa od tej uwikłanej w rytualno-ideologiczne myślistwo. Bohaterowie obu przypowieści czują się całkowicie równoprawni z całą resztą istnienia. Ponieważ korzystają z pokarmu dostarczanego im przez świat, sami także uważają się za pokarm. Wszystko polega nieustannej przemianie i transformacji. Można powiedzieć, że wszystko jest pokarmem.
Bohaterowie cytowanych przypowieści nie uważają się za nadzwyczajnych czy uprzywilejowanych. Wręcz przeciwnie. Są w daleko trudniejszej sytuacji od wielu nieświadomych istnień – mogą i muszą wybierać. Dlatego w przeciwieństwie do zwierząt, które nie pozwalają się zjadać i prawie zawsze walczą o przetrwanie, ludzie ci świadomie i dobrowolnie podejmują decyzję ofiarowania siebie, dając tym samym świadectwo pełnego zrozumienia zasady życia.
Ale nie musimy brać tych przypowieści dosłownie. Ich przekaz jest następujący: aby życie na tej planecie trwało, człowiek nie może stawiać się siebie poza ani przed przyrodą, nie może podążać za potrzebami swego oddzielonego, przerażonego „ja” i arogancko eksploatować wszystko wokół w daremnym dążeniu do komfortu i bezpieczeństwa. Aby planeta podtrzymywała życie naszego kłopotliwego gatunku, musimy umieć poświęcić się i rezygnować. W przeciwnym razie staniemy się zabójczym i samobójczym nowotworem organizmu, który nas rodzi o podtrzymuje.
Na tym polega nasz trudny ludzki los i nasza odpowiedzialność, że decyzja czy zachowamy się w zgodzie z Prawdą, czy w zgodzie z egocentrycznym złudzeniem oddzielenia, w każdej chwili należy do nas.

- Argumentem myśliwych jest twierdzenie, że pierwotna równowaga przyrody jest zakłócona przez brak drapieżników i oni muszą teraz regulować – w tym kontekście myśliwi nie używają słowa „zabijać”, tylko „regulować”.
- To przewrotna argumentacja. Przecież to nikt inny, tylko myśliwi wybili drapieżniki zabierające tę zwierzynę, do której myśliwi lubią strzelać.

- Myśliwi mówię różne rzeczy z takiego być może powodu, że gdzieś tam bardzo głęboko przeczuwają, że to co robią, nie jest w porządku.
- Oczywiście.

- Muszą używać racjonalizacji: na przykład o zakłóceniu pierwotnej równowagi przyrody, o konieczności opiekowania się i dokarmiania dzikich zwierząt, a jakiejś tam selekcji, o szkodach łowieckich. Mówią, szukając tak zwanego racjonalnego usprawiedliwienia dla zabijania. Z drugiej strony, to zabijanie nazywają hobby, sportem myśliwskim, sposobem spędzania wolnego czasu, rozrywką.
- W tej chwili myślistwo to nic innego, jak zabijanie dla przyjemności. Nie ma na to żadnego innego, uczciwego uzasadnienia.

- Współcześni myśliwi cenią sobie najbardziej trofea samców. Właściwie, jest to jedyna ceniona przez nich zdobycz – trofea z byka i z odyńca. Dlaczego dla polujących mężczyzn tak ważne jest, aby zwbić właśnie samca?
- Myślę, że to bierze się z potrzeby rywalizacji. W ten sposób budujemy i podtrzymujemy iluzję, że ludzki samiec jest najważniejszym samcem.

- Samczo rywalizujemy z bykiem lub odyńcem?!
- Absolutnie tak. Samiec ze strzelbą, jest tym samcem, który może zabić wszystkich innych. Czyli jest samcem dominującym, królem przyrody. Jest kimś, kogo nikt nie zjada i którym ma prawo do wszystkich samic.

- Im większy byk zabity, tym większy król ze mnie?
- Oczywiście, na tym to polega. Zauważyłeś zapewne, że polowaniem zajmują się często mężczyźni z pozoru silni i męscy, ale wewnętrznie zalęknieni i niepewni swojej męskości.

- Odnoszę wrażenie, że dla wielu mężczyzn polowanie jest próbą poprawienia męskiego samopoczucia.
- Zabijanie – przy pomocy symbolicznego penisa czyli strzelby – potężnych, niezależnych, wiodących swoje haremy zwierzęcych samców musi dawać podświadome poczucie satysfakcji. Z pewnością reperuje wrażliwe i zagrożone męskie ego.
Paradoks polega na tym, że do niedawna zagrożone męskie ego reperowało się i sprawdzało w próbach wymagających odwagi i sprawności. Niegdyś, szczególnie przed wynalezieniem broni palnej, polowanie tego wymagało.
To co się teraz nazywa polowaniem, zaczyna coraz bardziej przypominać rozstrzeliwanie bezbronnych cywilów z czołgów. Widziałem ambony myśliwskie przypominające luksusowe domki campingowe umieszczane na palach. Jest wygodne miejsce do spania, chemiczne WC, elektryczne ogrzewanie, mała kuchenka, półeczki, szafeczki, miejsce na barek. Brakuje tylko telewizora, ale przecież moż4e być przenośny, gdyby myśliwi nudził się zbyt długim oczekiwaniem na dobry strzał przez którąś z wygodnie ulokowanych strzelnic. Czemu innemu niż czerpaniu perwersyjnej przyjemności z zabijania taki rodzaj „polowania” może służyć? Jaką wartość ma zdobyte w ten czy podobny sposób myśliwskie trofeum? Co są warci mężczyźni polujący w sposób pozbawiony jakiegokolwiek ryzyka i nie dający żadnych szans zwierzęciu?

- Widzę ważny, wspierający myślistwo udział kobiet w tym wszystkim. Żony myśliwych mają na stole dziczyznę, robią uczty imieninowe czy inne. Czują się wtedy lepsze od innych kobiet. Wiem to z ich relacji.
- Pewnie odzywa się w tym jakiś kobiecy atawizm, zgodnie z którym poczucie wartości samicy wzrasta, jeżeli została wybrana przez samca zwycięzcę. W ten sposób kobiety współuczestniczą w reperowaniu męskiego samopoczucia partnera.

- I przez to „reperowanie” w świecie wzrastają wartości patriarchalne?
Z pewnością część kobiet uważa, że dla ich mężczyzn, którzy w istocie są bardzo niepewni siebie i pełni niepokoju, myślistwo może stanowić jakąś formę terapii, bo pozwala uruchomić agresję i budować poczucie mocy. Ale do prawdziwej mocy - czyli do spokoju - nie tędy droga. Zamiast strzelać do bezbronnych zwierząt, lepiej spędzić choćby kilka dni samemu i bez broni – w lesie lub na pustyni.

- Przestać się przebierać.
- I spotkać się ze samym sobą. Nakładamy na siebie tyle warstwa różnych przebrań, że grozić nam może spędzenie reszty życia na ich czyszczeniu i reperowaniu. Tak większość z nas niestety czyni.

- Skąd się bierze ta potrzeba przebierania się za zwycięskiego, wszechwładnego samca, pana życia i śmierci?
- Ze złudzenia oddzielenia i związanej z nim rozpaczy.

- Tylko niektórzy polują, a zrozpaczeni są prawie wszyscy.
- Inni biją swoje dzieci, żony i psy, uzależniają się od rzeczy, własnego wizerunku, ideologii, seksu, używek, narkotyków, nienawiści, wywołują wojny i tak dalej.

- Szybko jeżdżą.
- Również to. Agresja jest powszechna. Nikt z nas nie jest od niej wolny – ani ty, ani ja. Wszystko zależy od tego, czy uznamy naszą agresję za ułomność i coś co nas informuje o tym, że żyjemy w błędzie – czy też uznamy ją za cnotę, jak to ma miejsce w patriarchalnym stereotypie męskości.

- Agresja mężczyzn wynika z lęku?
- Oczywiście, pod agresją jest lęk, a pod lękiem jest rozpacz… A właściwie rozpaczliwa tęsknota za powrotem do naszego prawdziwego, duchowego domu. Agresja w ogromnej mierze służy temu, by nie skontaktować się z tą tęsknotą, żeby ją zakamuflować pozorem przewagi – władczej, zwycięskiej postawy wobec świata. Czynimy to na wiele sposobów i przy wielu okazjach. Między innymi na tym polega atrakcyjność „sekty myśliwych”.

- Gdy strzelisz i zwierz na twoich oczach padnie, to na tę chwilę, w tej sekundzie, czujesz się wszechmocny, masz poczucie całkowitego, absolutnego panowania – jesteś Panem Wszechmogącym. Jeśli darujesz życie, nie strzelisz, to też czujesz się Panem – tym razem Wielkodusznym.
- Dokładnie. Zawsze wygrywasz.

- W raju może byłoby tak, że sarenka przytuliłaby się do ciebie, małe dziczki trącałyby cię noskami, łania podeszłaby blisko, a jej cielak szukałby w twoich kieszeniach chleba. Czułbyś jego miękkie, nie do uwierzenia jak bardzo miękkie chrapy i ciepły oddech. Nie byłoby lęku – i wtedy byś nie zabijał. Myśliwy musi zabić i chociaż na tę jedną chwilę doznać tego uczucia panowania. I robi to wciąż i wciąż…
- Iluzja ego – chrześcijańska opowieść o wypędzeniu z raju trafnie to opisuje – wzięła się stąd, że człowiek uległ pokusie dorównania Bogu.

- I co?
- Okazało się to jednak niemożliwe, ponieważ oddzielone ego nie jest w stanie tworzyć świata, nie jest w stanie tworzyć życia.

- Ale jest w stanie niszczyć.
- Tak. I niszczenie jest dla ego tworzeniem a’rebours. Na zasadzie: skoro nie mogę stworzyć, to przynajmniej mogę zniszczyć; skoro nie potrafię stać się jednym ze wszystkim – to będę to niszczył. Skoro nie mogę, tak jak mówisz, pogłaskać sarny, dziczka, czy drugiego człowieka, to będę go niszczył. Innymi słowy: skoro nie potrafię prawdziwie pokochać to będę nienawidził. Ale okazuje się, że to nie jest żadnym rozwiązaniem – bo im bardziej próbujemy zdystansować się od nasze wewnętrznej, duchowej istoty, tym bardziej uczucie rozpaczy się nasila.
Nadchodzi być może czas, gdy jako ludzka społeczność będziemy musieli w końcu wybrać – czy szukać coraz bardziej groźnych sposobów kamuflażu i zaprzeczania naszej rozpaczy i tęsknocie, czy w końcu potraktować poważnie to o czym mówią od wieków prorocy, nauczyciele i święci.

- Jak uwolnić się od lęku i rozpaczy?
- Przebudzić się z egocentrycznego snu. Doświadczyć prawdziwego siebie i przestać się utożsamiać ze złudnym poczuciem oddzielonego od reszty świata „ja”.

- To jedyna droga?
- Jedyna.

- Naprawdę jedyna?
- Naprawdę jedyna.

- Wiesz, jeżeli pokaże się pełnym najgłębszego, egzystencjalnego lęku ludziom taką – patrząc na to powierzchownie – niezrozumiałą drogę, to odrzucą ją i będą agresywni dalej, ponieważ poczują się całkowicie bezradni.
- Budda wyraził to prosto i do bólu uczciwie, mówiąc o tym, że życie w iluzji ego jest cierpieniem, a jedynym wyjściem z tego cierpienia jest przekraczanie tej iluzji – i że jest na to sposób.

- Mam przyjaciela, który poluje, zabija. Polowałem z nim kiedyś. Nie mogę mu powiedzieć „przebudź się z egocentrycznego snu, doświadcz prawdziwego siebie, przestań utożsamiać się ze złudnym poczuciem odrębnego ”. To jest tak niezrozumiałe!
- Najpierw musimy obudzić w sobie wątpliwość co słuszności wyborów dokonywanych w życiu i zacząć zadawać sobie trudne pytania, których dotychczas unikaliśmy. W ten sposób zaczynamy kruszyć naszą arogancję i pojawia się nadzieja. Potem pojawia się przeczucie, że w istocie jesteśmy w samym środku wymarzonego przez nas świata, że nigdy nie opuściliśmy domu, że byliśmy u celu zanim uczyniliśmy pierwszy krok. Wystarczy tylko zacząć budzić się z egocentrycznego snu. Wszyscy na różne sposoby idziemy tą drogą. Dlatego ważne jest, byś tę książkę* pisał z szacunkiem i ze współczuciem dla myśliwych, do których przecież kiedyś sam należałeś.

- Bo brak współczucia wynika z elementarnej niewiedzy?
- Oczywiście, że tak.


Latarnia Morska 3 (7) 2007